Argentyna w 10–14 dni z Polski: realny plan podróży, koszty i gotowe trasy

Argentyna w 10–14 dni z Polski: realny plan podróży, koszty i gotowe trasy

Od lotu z Polski do pierwszego wieczoru w Buenos Aires: logistyka, jet lag i pierwsze koszty

Jeśli masz na Argentynę 10–14 dni i startujesz z Polski, to wbrew pozorom ma sens. Nie zobaczysz całego kraju, ale spokojnie ogarniesz Buenos Aires, wodospady Iguazú i kawałek Patagonii. Czyli to, co większość osób i tak chce zobaczyć na pierwszym wyjeździe.

Ten plan to trochę hybryda: szkielet podpatrzony w objazdówkach biur podróży, ale tempo i decyzje – już bardziej „po swojemu”. Bez porannych pobudek o 5:30 i biegania za chorągiewką pilota.

Lot z Polski wygląda zwykle podobnie: Warszawa – przesiadka gdzieś w Europie – Buenos Aires. Najczęściej Frankfurt, Madryt albo Paryż. Od wyjścia z domu do wylądowania w Ezeiza mija realnie 17–20 godzin. Miałem trasy, gdzie samo „siedzenie w powietrzu” to było około 15 godzin, a reszta to lotniska, kolejki, transfery.

Za bilet przy normalnej promocji płaciłem w ostatnich latach w okolicach 4 200–5 500 zł. Nierewelacyjna okazja życia, ale też nie dramat. Wyżej niż to już zwykle odpuszczałem i przekładałem wyjazd.

Pierwsze zderzenie z rzeczywistością następuje po wylądowaniu. Taksówka z Ezeiza do centrum Buenos Aires kosztowała mnie mniej więcej 100–120 zł w przeliczeniu. Czyli tyle, ile w Warszawie płaciłem za kurs na obrzeża w piątkowy wieczór. Niby podobnie, ale kiedy jesteś w mieście, które jeszcze kojarzy się w głowie z „tanio na końcu świata”, to liczby trochę gryzą.

Drugi zgrzyt pojawia się przy pierwszej kawie. Po 17 godzinach w drodze usiadłem w kawiarni w San Telmo, zamówiłem espresso i medialunę, a rachunek wyszedł mniej więcej jak śniadanie w lepszym miejscu w Polsce. Wtedy bardzo doceniłem, że przed wyjazdem przeklikałem sobie ceny jedzenia i hoteli w Buenos Aires i Patagonii na HikersBay, bo dzięki temu nie miałem poczucia, że ktoś mi podmienił cennik po wyjściu z samolotu.

Do tego dochodzi jet lag i różnica czasu. Lądujesz o świcie, miasto dopiero się budzi, ty jesteś w dziwnej bańce między obiadem a śniadaniem. Ja pierwszego dnia nigdy nie wrzucam sobie ambitnego programu. Sprawdza mi się spokojny spacer po San Telmo, pierwsza kolacja ze stekiem w jakiejś lokalnej parilli i ewentualnie wieczorne tango – czy to pokaz, czy po prostu muzyka na ulicy.

Biura podróży często już pierwszego dnia robią objazd po mieście, wycieczki autokarowe, wszystkie „must see” w kilka godzin. Dla mnie to za dużo, kiedy głowa jeszcze nie dogoniła ciała. Zdecydowanie lepiej zostawić sobie zorganizowane zwiedzanie na drugi dzień, kiedy człowiek zaczyna już funkcjonować w lokalnym czasie.

Dalej można iść w dwa kierunki: ścisnąć wszystko w intensywne 10 dni albo dać sobie trochę więcej oddechu i zostać 14. Bazowy szkielet jest ten sam: Buenos Aires, Iguazú, Patagonia i – opcjonalnie – szybki wypad do Urugwaju. Różnica tkwi w tempie i liczbie poranków bez budzika.

Jak rozłożyć 10–14 dni między Buenos Aires, Iguazú i Patagonię: dwa gotowe scenariusze

Najpierw wersja 10-dniowa, taka „zgrabna, ale intensywna”. To plan, który spokojnie da się zrealizować, tylko trzeba zaakceptować, że samolot staje się twoim drugim domem.

Pierwsze dwa dni to Buenos Aires. Jednego dnia centrum, Plaza de Mayo, spacer w stronę Puerto Madero, drugi dzień La Boca, Recoleta, może Palermo wieczorem. Jedną z nocy dorzuciłbym show z tangiem, nawet jeśli nie jesteś fanem tańca – atmosfera takich miejsc jest po prostu specyficzna, a to jednak ikona miasta.

Trzeciego dnia rano łapiesz lot do Iguazú. W powietrzu to około 1 godziny 50 minut, ale z dojazdem na lotnisko i całą lotniskową rutyną robi się pół dnia. Popołudnie spędzasz już przy wodospadach po stronie argentyńskiej – długie kładki, zamglenie, huk wody, pierwsze „wow”. Czwartego dnia przechodzisz na stronę brazylijską. Wejść jest mniej, trasa krótsza, ale widoki bardziej panoramiczne. Wieczorem lub rano dnia piątego wracasz samolotem do Buenos Aires.

Piąty dzień to de facto transfer: miasto – lotnisko – lot do El Calafate. Tutaj lot trwa ok. 3 godzin, więc znów pół dnia znika. Wieczorem spacerujesz po małym, turystycznym miasteczku, jesz pierwszą w Patagonii zupę, bo tu już naprawdę wieje.

Szósty dzień to mój ulubiony punkt programu: lodowiec Perito Moreno. Dojazd busem, potem kilka godzin patrzenia, jak gigantyczna ściana lodu żyje własnym życiem, trzeszczy i odłamują się z niej bryły wielkości domu. Jeśli masz ochotę, można dorzucić mini-trekking po lodowcu, ale wtedy robi się to praktycznie całodniowe.

Siódmy i ósmy dzień przenosisz się do El Chaltén. To 3 godziny jazdy autobusem z El Calafate, widoki po drodze są już częścią atrakcji. El Chaltén to stolica trekkingu – jednego dnia możesz zrobić szlak do Laguna de los Tres (jak pogoda dopisze, widok na Fitz Roya z pocztówki), drugiego dnia Laguna Torre, trochę mniej wymagająca, ale też bardzo fotogeniczna. Wieczory spędzałem tam głównie na jedzeniu wszystkiego, co było ciepłe.

Dziewiątego dnia wracasz do Buenos Aires (najpierw autobus do El Calafate, potem lot – znów około 3 godziny w powietrzu). Dziesiąty dzień to ostatni spacer po mieście, może szybkie zakupy, ostatnia yerba i wieczorny wylot do Europy.

Ta trasa działa, ale jest gęsta. Dlatego wersja 14-dniowa to ten sam szkielet, tylko z oddechem w strategicznych miejscach.

Ja dokładam przede wszystkim jedną dodatkową noc w Buenos Aires na początku. Daje to czas, żeby po locie nie biegać po mieście jak zombie. Przy Iguazú sensownie jest mieć trzy pełne dni – pierwszy spokojny, drugi bardziej intensywny, trzeci na ewentualne przesunięcia czy po prostu chwilę na basen i odpoczynek.

Największą różnicę czuć jednak w Patagonii. W mojej 14-dniowej wersji zrobiłem 3 pełne dni w rejonie El Calafate i El Chaltén, z czego dwa z pełnymi trekkingami i jeden „awaryjny” na kiepską pogodę. I to był ten dzień, kiedy siedziałem pół dnia w kawiarni w El Chaltén, patrząc na chmury zamiast na Fitz Roya. Trochę się frustrowałem, ale następnego ranka góry się w końcu odsłoniły i wtedy dopiero poczułem, że ten zapas czasu miał sens.

W obu scenariuszach trzymasz się podobnej osi co wielkie objazdówki: stolica, Iguazú, Patagonia. Różnica polega na tym, że tu sam decydujesz, gdzie dodać sobie poranek na spokojne śniadanie, a gdzie przyciąć atrakcje. I to jest chyba największa przewaga nad wycieczką z katalogu.

Żeby to wszystko nie rozjechało się finansowo i logistycznie, przyda się jeszcze chłodne spojrzenie na budżet i loty wewnętrzne. Tu kończą się marzenia, a zaczyna kalkulator.

Budżet, loty wewnętrzne i noclegi: ile naprawdę kosztuje 10–14 dni w Argentynie

Argentyna przestała być „taniochą na końcu świata”. Da się ją jednak ogarnąć w 10–14 dni bez brania kredytu, jeśli zaczniesz planować trochę wcześniej niż na tydzień przed wylotem.

Największy kawałek tortu to loty. Za bilet Warszawa – Buenos Aires – Warszawa płaciłem zwykle około 4 500–5 000 zł przy zakupie 3–4 miesiące przed wyjazdem. Raz, przy bardzo wczesnym polowaniu, zahaczyłem coś bliżej 4 200 zł i to był mój prywatny rekord. Rachunek potem i tak ratuje kurs peso, który potrafi się zachowywać szalenie, ale międzynarodówka jest twarda.

Loty wewnętrzne to drugi cios. Za trasę Buenos Aires – Iguazú – Buenos Aires wyszło mi mniej więcej tyle, ile za porządny city break po Europie. Z kolei Buenos Aires – El Calafate – Buenos Aires potrafił zabrać mi spokojnie jedną trzecią całego wyjazdowego budżetu, kiedy kupowałem bilety za późno. Biura podróży mają tu przewagę, bo często korzystają z puli biletów zarezerwowanych wcześniej, ale płacisz za to sztywnym programem.

Przed ostatecznym „klepnięciem” trasy warto usiąść na godzinę z wyszukiwarką lotów i poprzekładać kolejność: najpierw Patagonia, potem Iguazú, albo odwrotnie. Zdarzało mi się, że zmiana kolejności przelotów obniżała koszty całości o kilkaset złotych, bez żadnej różnicy w atrakcjach.

Drugi duży koszt to noclegi. W Buenos Aires za dwuosobowy pokój w sensownym standardzie płaciłem około 250–320 zł za noc. W El Calafate podobny poziom jakości wskakiwał już bliżej 350–400 zł. El Chaltén bywa jeszcze droższy, bo oferta jest mniejsza, a chętnych sporo. Jedna dodatkowa noc w Patagonii potrafiła mi podbić całość wyjazdu bardziej, niż się spodziewałem, dlatego przed decyzją o liczbie dni w każdym miejscu przeklikiwałem hotele na HikersBay, żeby zobaczyć, jak to realnie wygląda w danym terminie.

Na miejscu dochodzą wydatki dzienne. Za porządnego steka w Buenos Aires, z winem i dodatkami, płaciłem kwoty porównywalne do solidnej kolacji w Warszawie. Za szybką empanadę na ulicy – grosze w porównaniu z tym, co dostajesz. Ale już kawa w Patagonii potrafiła mnie trochę wyprowadzić z równowagi. Pierwszy rachunek za latte w El Chaltén obejrzałem dwa razy, czy na pewno dobrze przeliczyłem kurs.

Do tego dochodzą bilety wstępu: park narodowy przy wodospadach Iguazú, wejście w rejon Perito Moreno, wycieczki fakultatywne typu wspomniany mini-trekking po lodowcu. To nie są drobiazgi po 10 zł, raczej kilka większych strzałów w ciągu wyjazdu.

Jeśli lubisz średnio komfortowy styl podróży – bez hosteli wieloosobowych, ale też bez pięciu gwiazdek – sensownie jest liczyć sobie mniej więcej 300–400 zł dziennie na jedzenie, komunikację lokalną i drobne przyjemności, nie wliczając w to lotów i noclegów. To oczywiście bardzo „na oko”, ale przy takim poziomie nie musiałem liczyć każdego peso, a jednocześnie widziałem, jak budżet nie rozjeżdża się po trzecim dniu.

Do tego dołożyłbym mały bufor. Patagonia lubi płatać pogodowe figle, więc czasem trzeba dokupić dodatkowy transfer, przesunąć wycieczkę, dorzucić dzień w jednym miejscu. Albo po prostu dać się skusić na rejs statkiem pod lodowiec, bo raz w życiu naprawdę warto się zbliżyć do tej ściany lodu.

Czy dopinać Urugwaj przy 10–14 dniach i jak to wpleść w plan

Na koniec najczęstsze pytanie: czy do tych 10–14 dni dorzucać jeszcze Urugwaj? Czyli jeden dzień w Colonia del Sacramento, może Montevideo, jeszcze jedno państwo do kolekcji.

Przy 10 dniach powiem wprost: to jest raczej szybki skok, a nie poznawanie nowego kraju. Fajny, ale okupiony rezygnacją z czegoś w Argentynie. Przy 14 dniach zaczyna to już mieć więcej sensu, bo można to wpleść bez masakrowania reszty planu.

Wypad promem z Buenos Aires wygląda tak: wcześnie rano jedziesz do portu, ogarniasz odprawę, potem wsiadasz na prom do Colonia del Sacramento (około godziny płynięcia) albo dalej, do Montevideo (tu już trzeba liczyć około 2–3 godzin, w zależności od połączenia). Bilety dobrze jest zarezerwować wcześniej, bo w sezonie potrafią się wyprzedać w najmniej oczekiwanym terminie. Sam port bywa trochę chaotyczny, ale po kilku lotniskach w Argentynie człowiek nie robi sobie z tego wielkiego problemu.

Wiele objazdówek dorzuca Colonia del Sacramento dokładnie na zasadzie „odhaczmy kolejny kraj”. Tymczasem można wykorzystać ten pomysł lepiej. Ja po całym tygodniu biegania między lotniskami w Argentynie wylądowałem w Colonia i przez pierwsze pół godziny po prostu siedziałem na murku przy rzece, patrząc na wodę i ludzi spacerujących po starówce. Zero atrakcji, zero planu. I to był najlepszy finał tej trasy, jaki mogłem sobie wymyślić.

Najprostsze miejsce na taki wypad przy 14 dniach to koniec wyjazdu, po powrocie z Patagonii. Jeden dzień w Colonia del Sacramento jako spokojne domknięcie podróży, kawa na starówce, wieczorny powrót do Buenos Aires i lot do Polski kolejnego dnia. Można też teoretycznie wcisnąć Urugwaj pomiędzy Buenos Aires a Iguazú, jeśli loty dobrze się układają, ale wtedy robi się już naprawdę gęsto.

Przy 10 dniach trzeba szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, z czego rezygnujesz. Dzień w Urugwaju to dzień wyjęty z Buenos Aires, Iguazú albo Patagonii. Bilety na prom też nie są symboliczne – łatwo porównać je w głowie z ceną dodatkowej nocy w Patagonii czy extra dniem przy wodospadach i nagle okazuje się, że „jeszcze jeden kraj” może poczekać.

Gotowe plany biur podróży są świetną inspiracją, bo pokazują, co realnie da się zmieścić w 10–14 dniach. Najciekawiej robi się jednak wtedy, kiedy zaczynasz je rozrywać, przesuwać dni, wykreślać i dopisywać swoje zachcianki. Wtedy z katalogowej Argentyny robi się wyjazd, który po latach pamiętasz już jako swój, a nie jako „program z folderu numer trzy”.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *