Tajlandia, Tanzania, Zanzibar: jak planować etyczne podróże bliżej ludzi i natury

Tajlandia, Tanzania, Zanzibar: jak planować etyczne podróże bliżej ludzi i natury

Dlaczego egzotyka to nie tylko plaża i drink z parasolką

Moje pierwsze egzotyczne wyjazdy wyglądały dość klasycznie. Hotel z basenem, bransoletka all inclusive, ten moment, kiedy piąty dzień z rzędu jesz ten sam deser, ale nadal się oszukujesz, że „przecież jestem w Azji, to jest inne”. Plaża piękna, zdjęcia też. A jednak po pewnym czasie zaczęło mnie gryźć poczucie, że widzę każdy kraj jak kopię poprzedniego, tylko z innym kolorem morza.

Przełom przyszedł po rozmowie z podróżniczką Grażyną Wolikowską. Powiedziała wtedy coś, co zostało mi w głowie na długo: że w drodze ważniejsi bywają ludzie niż same miejsca. Uderzyło mnie, jak często traktowałam podróż jak zestaw atrakcji do odhaczenia, a nie spotkanie – z czyjąś codziennością, historią, lękami i marzeniami.

Od tamtej pory inaczej patrzę na Tajlandię, Tanzanię i Zanzibar. To trzy różne światy – świątynie i uliczne jedzenie, sawanna i ocean, zapach kadzideł i zapach rybnego targu o świcie. A jednak łączy je jedno: ogromna odpowiedzialność, z jaką wchodzimy w życie ludzi, którzy nas przyjmują.

Pamiętam poranny targ w Chiang Mai, gdzie zamiast kolejnej „instagramowej kawiarni” skończyłam przy budce z zupą, wśród hałasu skuterów i śmiechu sprzedawców. Rozmowę z Masajami pod rozłożystą akacją w Tanzanii, gdy zamiast o „egzotycznych zwyczajach” mówiliśmy o wysychających rzekach. Wieczór na plaży na Zanzibarze, kiedy siedziałam z rybakami czyszczącymi sieci i nagle to nie ja byłam „atrakcją turystyczną”.

Ten tekst jest właśnie o tym: trochę o mojej drodze, trochę o inspiracji rozmowami z osobami takimi jak Grażyna Wolikowska i bardzo konkretnie o tym, jak podróżować bliżej ludzi i natury, nie wchodząc lokalnym społecznościom z butami do domu.

Tajlandia poza resortem: codzienność, rozmowy i liczenie każdego bata

Bangkok, upał, hałas, światła. Po godzinie na słynnej imprezowej ulicy miałam dość. Uciekałam w pierwszą lepszą boczną alejkę, a tam nagle inny świat: plastikowe stoliki, mały wózek z parującą zupą, zero neonów, za to dużo ciekawskich spojrzeń. Usiadłam trochę niepewnie, próbując zamówić coś po tajsku. Efekt? Dostałam danie, którego w życiu wcześniej nie widziałam, chyba też nie do końca zrozumiałam, co jem, ale było genialne. I co ważne – pierwszy raz tego dnia naprawdę z kimś pogadałam.

Tak wygląda dla mnie „prawdziwa” Tajlandia. Rozmowa z kierowcą tuk-tuka, który w korku pokazuje zdjęcia dzieci. Starsza pani nalewająca mi kolejną porcję zupy i poprawiająca moją wymowę nazw dań, aż obie wybuchamy śmiechem. Świątynia, w której większość osób to lokalni mieszkańcy, przyszli tu po prostu pomodlić się po pracy, a nie zrobić zdjęcie o złotej godzinie.

Żeby pieniądze faktycznie zostawały w kraju, zaczęłam szukać mniejszych miejsc. Zamiast dużych, międzynarodowych hoteli – rodzinne guesthouse’y, gdzie właściciel wie, o której godzinie odjeżdża lokalny bus, bo sam nim czasem jeździ. Zamiast wielkich biur organizujących identyczne wycieczki – małe lokalne agencje, które naprawdę wiedzą, gdzie mieszka kuzyn kuzyna, co wynajmuje łódkę, a gdzie lepiej nie jechać, bo teren należy do społeczności, która nie chce tam turystów.

W kwestii cen działam prosto: przed wyjazdem sprawdzam orientacyjne koszty, ale na miejscu pilnuję, żeby nie targować się do krwi ostatniego bata. Za miskę zupy ulicznej płaciłam zwykle około 10–15 zł w przeliczeniu, za nocleg w prostym, ale przyjemnym pokoju 60–100 zł. To moje doświadczenia, nie ogólny cennik świata – ceny się zmieniają i lepiej przed wyjazdem zerknąć na aktualne dane. Do planowania budżetu w Tajlandii bardzo przydaje mi się strona z zestawieniami kosztów, na przykład Ceny w Tajlandii, gdzie można porównać wydatki na jedzenie, transport czy noclegi.

Kiedy planuję trasę, lubię też mieć jedną, szerszą pigułkę informacji o kraju – regionach, klimacie, różnicach między północą a południem. Wtedy odpalam sobie serwis z danymi o podróżach i klimacie, na przykład stronę Tajlandia, która pozwala szybko ogarnąć, czy w danym regionie trafię na ulewne deszcze, czy raczej na sezon suchy.

Przez długi czas wpadłabym też pewnie w pułapki „atrakcji” robionych głównie pod turystów: selfie z tygrysem na łańcuchu, przejażdżki na słoniach, pokazy z przetrzymywanymi zwierzętami. Po rozmowach z lokalnymi przewodnikami i inspiracji od Grażyny Wolikowskiej zaczęłam z tego rezygnować. Prawdziwe spotkanie z naturą przeżyłam nie w parku rozrywki, tylko na zwykłej, porannej ścieżce w dżungli z lokalnym przewodnikiem, który znał imiona niemal wszystkich psów po drodze i każde drzewo po zapachu.

Tanzania i Zanzibar: sawanna, ocean i cienka granica między wsparciem a szkodą

Moje pierwsze safari w Tanzanii było jak spełnienie dziecięcego marzenia i lekki zgrzyt jednocześnie. Z jednej strony lwy na wyciągnięcie wzroku, z drugiej – kolumna samochodów pędzących dokładnie w to samo miejsce, bo ktoś przez radio podał lokalizację stada. Poczułam się jak w ruchomym zoo.

Z czasem zaczęłam wybierać inaczej. Mniej znane parki, mniejsze grupy, przewodnicy, którzy naprawdę mieszkają w okolicy i trochę mniej „gwarantowanych zwierząt na folder”. Bycie blisko natury nie polega na wpychaniu się zwierzętom pod nos. Raczej na tym, że siedzisz w ciszy, silnik wyłączony, a przewodnik tylko szepcze: „tu popatrz, tam jest”. Czasem nie ma spektakularnej sceny do zdjęcia, jest za to poczucie, że nikomu nie przeszkadzasz.

Najmocniej w głowie zostały mi jednak rozmowy. Kobiety sprzedające owoce na poboczu, dzieciaki grające w piłkę zrobioną z sznurka, Masaj opowiadający o tym, jak zmienia się pogoda, jak przesuwa się pora deszczowa. Po takich spotkaniach turysta, który patrzył tylko przez obiektyw aparatu, nagle zaczyna słuchać. Grażyna Wolikowska dużo mówiła o tym, żeby nie przyjeżdżać z gotowym scenariuszem na życie innych ludzi. Wzięłam to sobie do serca: mniej „pokazu slajdów”, więcej zwykłego dialogu.

W praktyce oznacza to też kilka bardzo prostych decyzji. Omijam szerokim łukiem komercyjne „wioski etniczne”, gdzie program wygląda jak teatrzyk dla grup przywożonych autokarem. Nie rozdaje się cukierków dzieciom przez okno busa, bo na zdjęciu „wygląda to słodko”. Zanim zrobię komuś zdjęcie, pytam, czy ma na to ochotę. Czasem pokazuję gotowe zdjęcie na ekranie i wysyłam je później przez komunikator, jeśli ktoś tego chce. A czasem po prostu odkładam aparat, bo rozmowa okazuje się ważniejsza.

Zamiast poczucia misji – wsparcie na ziemi. Noclegi prowadzone przez mieszkańców, przewodnicy z okolicy, jedzenie w lokalnych barach, kupowanie rękodzieła bezpośrednio od osób, które je tworzą. Przy planowaniu takich wyjazdów lubię też zerknąć na serwisy z danymi o klimacie, bezpieczeństwie czy najlepszych porach podróży, na przykład HikersBay, żeby nie jechać w ciemno w porze, gdy połowa dróg zamienia się w błotne rzeki.

Zanzibar to osobna historia. Turystyka masowa rośnie tam jak na drożdżach. Widać to szczególnie, gdy przejedzie się z plaż przy wielkich resortach do mniejszych wiosek. Przy hotelach – perfekcyjnie przystrzyżona trawa, muzyka z głośników, zachód słońca oglądany z dmuchanego flaminga. Kilkanaście kilometrów dalej wieczorem słychać mecz w telewizji z otwartej chaty, głośne rozmowy, nawoływanie do modlitwy, łodzie wracające z połowu.

Najbardziej zgrzyta we mnie sytuacja, którą widzę niestety często: turysta negocjujący cenę ananasa do ostatniego szylinga, jakby od tego zależał budżet całej podróży, a godzinę później bez mrugnięcia oka płacący za wymyślny koktajl w hotelowym barze. To nie jest spryt. To po prostu brak proporcji.

Jak podróżować bliżej ludzi i natury, nie grając roli białego zbawcy

Nie urodziłam się z idealnym „kodeksem odpowiedzialnego podróżnika” w kieszeni. Na początku też bywałam tą osobą, która targowała się o każdy grosz na targu, robiła zdjęcia dzieciom bez pytania, rezerwowała wycieczki tylko dlatego, że na zdjęciach wyglądały spektakularnie. Dopiero rozmowy z lokalsami i inspiracja ludźmi w stylu Grażyny Wolikowskiej uświadomiły mi, że odpowiedzialne podróżowanie to nie święty regulamin, tylko uważność.

Jedna z najprostszych zasad dotyczy pieniędzy. Staram się wybierać noclegi, gdzie za szyldem stoi konkretna rodzina, a nie bezimienny fundusz. Restauracje, w których właściciel autentycznie przejmuje się tym, czy ci smakowało. Przewodników, którzy nie muszą ubarwiać historii, bo tu się urodzili i znają te miejsca od dziecka. Nie chodzi o rezygnację z wygody, raczej o to, żeby pieniądze krążyły trochę bliżej ziemi, po której chodzę.

Przed wyjazdem lubię też mieć jakieś pojęcie o poziomie cen w danym kraju. Nie po to, żeby stworzyć sobie tabelkę w Excelu, tylko żeby nie rzucać widełkami „bo ktoś w internecie napisał”. Na moim blogu opisałam to szerzej w tekście Wondering where to check prices before your trip? Explore HikersBay.com – compare cost of living and travel expenses worldwide, gdzie pokazuję, jak korzystam z danych HikersBay przy planowaniu budżetu i unikaniu skrajności: ani przepłacania za wszystko, ani zaniżania napiwków do poziomu obrazy.

Drugi blok to prywatność. Kiedyś fotografowałam wszystko, co się rusza. Dziś coraz częściej odkładam aparat. Jeśli chcę kogoś sfotografować, pytam wprost: mogę? Zaskakująco często słyszę „tak”, zwłaszcza gdy obiecuję, że pokażę zdjęcie na ekranie, a czasem je wyślę. Zdarza się też, że ktoś mówi „nie” – i to też jest w porządku. Nie wszystko musi trafić do galerii „egzotyczne twarze świata”.

I wreszcie natura. Tajlandia, Tanzania, Zanzibar – trzy miejsca, w których bardzo łatwo zapomnieć, że zwierzęta i krajobrazy nie istnieją po to, żebyśmy mieli ładne ujęcia. Szanuję odległość, nie dokarmiam zwierząt resztkami z lunchu, nie wchodzę tam, gdzie przewodnik mówi, żeby nie wchodzić, nawet jeśli widzę „lepszy kadr” kawałek dalej. Jeden z piękniejszych momentów przeżyłam wtedy, gdy kierowca safari po prostu wyłączył silnik i kazał nam przez kilka minut nic nie mówić. Słychać było tylko wiatr i odległe odgłosy zwierząt. Zero show, dużo ciszy.

Podobnie na Zanzibarze – najpiękniejszy zachód słońca widziałam nie z modnego beach baru, tylko z pokładu lokalnego promu, zatłoczonego, głośnego, trochę niewygodnego. Nikt nie podawał drinków z palemką, za to starsza pani obok mnie właśnie wracała z zakupów, trzymając na kolanach wielką torbę warzyw. I to był dokładnie ten rodzaj „egzotyki”, którego szukałam.

Kiedy wracam myślami do rozmowy z Grażyną Wolikowską, najbardziej porusza mnie jej spokojny sposób mówienia o podróżach, w których jest miejsce na błądzenie, rozmowę i zwykły zachwyt. I o to chyba chodzi: planując egzotyczny wyjazd, pomyśl nie tylko, gdzie będziesz spać, ale z kim się spotkasz i jaką historię razem napiszecie – bez dopisywania patetycznej puenty.


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *