Passport bros: randkowy raj na TikToku czy neokolonializm w wersji 2.0?

Passport bros: randkowy raj na TikToku czy neokolonializm w wersji 2.0?

Kim są passport bros i skąd wziął się ten trend

Na pierwszy film z hashtagiem #passportbros trafiłem trochę z nudów. Scroll, scroll, nagle: Amerykanin w klapkach w tajskim mieście, obok uśmiechnięta partnerka, w tle motor, street food i wielkie hasło: „Najlepszy życiowy trik!”. Kliknąłem raz. Potem drugi. I wpadłem w króliczą norę.

Passport bros to głównie młodzi mężczyźni z USA i Europy, którzy pakują walizkę, biorą pracę zdalną pod pachę i wyjeżdżają do Azji czy Ameryki Południowej, żeby tam szukać „tradycyjnych” partnerek. Na TikToku i YouTube pokazują swoje życie w Tajlandii, Wietnamie czy na Filipinach: laptop w kawiarni, tanie jedzenie, mieszkanie z basenem i dziewczyna, która – w ich narracji – „szanuje mężczyznę” bardziej niż kobiety na Zachodzie.

Historie Mike’a w Tajlandii czy Austina w Da Nang brzmią jak scenariusz powtarzający się w wielu wariacjach. Frustracja randkami w Ameryce, możliwość pracy zdalnej, przenosiny do ciepłego kraju, zaręczyny z lokalną partnerką i setki tysięcy wyświetleń pod filmami, na których ona obcina mu paznokcie, szykuje jedzenie, śmieje się z każdego żartu. Dziennikarze „The Economist” opisują ten fenomen jako mieszankę nostalgii za latami 50. z dzisiejszą manosferą – i coś w tym jest.

To jednak wcale nie jest całkiem nowe zjawisko. Historyczka Beth Bailey przypomina, że po II wojnie światowej tysiące amerykańskich żołnierzy żeniło się z kobietami z Europy czy Azji, a wielu innych szukało partnerek przez ogłoszenia matrymonialne. Dziś zamiast drobnych w gazecie mamy shortsy i rolki. Różnica jest taka, że tym razem to mężczyźni masowo lecą za granicę, wspierani wizami dla cyfrowych nomadów i forami pełnymi porad.

Passport bros tworzą w sieci własną społeczność: wymieniają się rankingami krajów, komentują „mentalność” kobiet w poszczególnych regionach, dzielą tipami, jak randkować za granicą. W tle cały czas przewija się prosta obietnica: gdzieś tam jest miejsce, gdzie randkowanie będzie wreszcie „proste”. I to właśnie próbuję w tym tekście rozłożyć na części – razem z jego ciemniejszą, dużo mniej instagramową stroną.

Dlaczego młodzi mężczyźni odwracają się od zachodniej sceny randkowej

Wyobraź sobie faceta z dużego miasta – Warszawa, Berlin, Chicago, wszystko jedno. Po pracy siada na kanapie, odpala aplikację randkową. Przesuwa w prawo, w lewo, po godzinie ma może jedno dopasowanie, które znika po trzech wiadomościach. Po miesiącach takiej zabawy zaczyna czuć się jak klient w klubie, w którym nikt nie chce go wpuścić.

Na tym poczuciu bezsilności rośnie narracja passport bros. W ich opowieściach aplikacje randkowe to „ustawiona gra”: garstka topowych profili zgarnia całą uwagę, reszta walczy o okruszki. Do tego dochodzi wrażenie bycia przegranym na lokalnym rynku matrymonialnym – bo nie jest się wystarczająco bogatym, wystarczająco wysokim, wystarczająco pewnym siebie.

Jest jeszcze jeden element, który często się powtarza: zmęczenie ciągłym negocjowaniem ról płciowych. Część mężczyzn mówi wprost, że ma dość rozmów o podziale obowiązków, karierze, partnerskim rodzicielstwie. Kiedy trafiają do manosfery – tej internetowej bańki, w której narzekanie na randki bardzo szybko przeradza się w ogólne oskarżenia wobec kobiet – słyszą prosty komunikat: „Nie zmienisz systemu. Zmień kraj”.

Do emocji dochodzi ekonomia. Przeprowadzka do kraju o niższych kosztach życia otwiera drogę do modelu, o którym mówią wprost: jeden żywiciel, jedna opiekunka domu. W cytowanym w brytyjskim tygodniku wywiadzie Justin przyznaje, że nie przeszkadza mu, jeśli partnerka jest biedna, bo wtedy ma „większą szansę na tradycyjny podział ról”. W jednym zdaniu kondensuje się temat władzy, zależności finansowej i tego, kto ma kontrolę nad wspólnym życiem.

Jeśli ktoś myśli kategoriami passport bros, bardzo szybko dochodzi do pytania: „ile to właściwie kosztuje?”. Tu zaczyna się googlowanie cen wynajmu, jedzenia, transportu. Dla wielu osób punktem startu będzie prosta podstrona w stylu ceny w Tajlandii, gdzie można zobaczyć konkretne widełki i porównać je ze swoją wypłatą w euro czy dolarach. Sam przed pierwszym wyjazdem do Azji siedziałem wieczorem nad takim zestawieniem, machałem kalkulatorem i próbowałem policzyć, czy moja pensja zdalnego pracownika uniesie kawę, cowork i skromne mieszkanie bez wpadania w tryb „ryż z warzywami codziennie”.

Raj na TikToku, szara strefa w realu: kontrowersje wokół passport bros

Algorytm uwielbia prostą historię. Na nagraniach z TikToka partnerka obcina facetowi paznokcie, przygotowuje śniadanie, śmieje się z memów, które wysyła jej na Messengerze. On patrzy w kamerę i mówi, że „wreszcie czuje się doceniony”. W opisie filmu hasła w stylu: „tu kobiety są kobiece”, „tu mężczyzna jest wreszcie mężczyzną”.

Widz dostaje więc bardzo czytelny kontrast: Zachód to zimne, roszczeniowe randki, Azja i Ameryka Południowa to ciepłe, tradycyjne relacje, w których każdy zna swoje miejsce. Problem w tym, że ta narracja pomija kilka niewygodnych faktów.

Krytycy passport bros zwracają uwagę, że w tym obrazie kobieta często jest bardziej tłem niż osobą. Partnerki pokazuje się jako „dowód” na to, że gdzieś są jeszcze „prawdziwe kobiety”, a nie jako ludzi z własną historią, rodziną, ambicjami. W tle pojawia się też temat seksturystyki i tego, na ile związki oparte na ogromnej różnicy dochodów są w ogóle relacjami, a na ile kontraktem: on daje pieniądze i paszport, ona – opiekę i wpis w statusie związku.

Jewel Clyte, partnerka jednego z passport bros z Filipin, mówi wprost, że bycie z Amerykaninem dało jej większe bezpieczeństwo finansowe niż związek z lokalnym mężczyzną. To szczere wyznanie nie pasuje do bajki o miłości „ponad granicami” – raczej pokazuje bardzo konkretną kalkulację, którą ktoś w jej sytuacji może wykonywać.

Beth Bailey ostrzega przed „nieproporcjonalnie dużymi różnicami władzy” w związkach, w których jedna strona ma pieniądze, paszport i możliwość wyjazdu, a druga – ograniczone opcje. Co się dzieje, kiedy ten zamożniejszy partner traci dochód? Kiedy kobieta po kilku latach życia w nowym kraju zaczyna chcieć większej niezależności, pracy, własnych pieniędzy? Kiedy dzieci dorastają w dwóch kulturach, ale realnie zależą od jednego źródła utrzymania?

Dla wielu widzów pierwszym kontaktem z Azją są właśnie obrazki z plaż i świątyń, które przewijają się w tych filmach. Ktoś ogląda vloga z Bangkoku czy nadmorskiego miasteczka i dopiero wtedy klika dalej, sprawdzając w wyszukiwarce hasło Tajlandia. Za filtrami z Instagrama stoi jednak normalny kraj – z prawem rodzinnym, lokalnymi sądami, własnymi problemami społecznymi i historią związków między obcokrajowcami a mieszkankami regionu. Tego na krótkich rolkach zwykle nie widać.

Między marzeniem o prostej miłości a migracją matrymonialną 2.0

Kiedy odłożymy na bok hashtagi, zostaje w gruncie rzeczy bardzo stare zjawisko: migracja matrymonialna. Czyli sytuacja, w której ktoś zmienia kraj przede wszystkim z powodu małżeństwa lub związku. W czasach naszych dziadków były ogłoszenia w stylu „szukam żony z Polski/Niemiec, zapewniam utrzymanie”. Dziś zamiast listu jest DM na Instagramie i wideorozmowa na WhatsAppie.

Passport bros opowiadają o sobie jak o buntownikach, którzy uciekli z toksycznej, zachodniej sceny randkowej. Ale gdy słucha się ich dłużej, to równie mocno wybrzmiewa ucieczka od czegoś innego: presji sukcesu, lęku przed odrzuceniem, poczucia bycia „tym gorszym” facetem w mieście, gdzie liczy się idealny profil i CV.

Po drugiej stronie ekranu nie ma jednak bezimiennych „tradycyjnych kobiet z Azji i Ameryki Południowej”, tylko konkretne osoby. Część marzy o awansie społecznym, stabilności finansowej, o tym, żeby wyjechać z miejscowości, w której szanse na dobrą pracę są bliskie zeru. Niektóre liczą na przeprowadzkę do Europy czy Stanów. To nie jest bajka o wybawcy, prędzej dwukierunkowy układ, w którym każda strona coś wnosi i czegoś szuka.

Całą tę układankę podkręcają TikTok i YouTube. To nie są już aplikacje „do kotów i pranków”, tylko w pełni realne narzędzia podejmowania życiowych decyzji. Ludzie oglądają serię filmów z hashtagiem „passportbros”, zamykają laptopa, składają wypowiedzenie w pracy i kupują bilet w jedną stronę. Brzmi szalenie? A jednak znam osoby, które po kilku miesiącach oglądania treści o Azji rzeczywiście wylądowały w Bangkoku z jednym plecakiem.

Zanim jednak ktoś zacznie planować „miłość życia w tropikach”, przychodzi ten mało romantyczny moment: trzeba policzyć budżet. Noclegi, jedzenie, transport, wizy, ubezpieczenie. Tu przydają się serwisy w rodzaju HikersBay, gdzie można podejrzeć koszty życia czy noclegów, albo po prostu zajrzeć do wpisu o sprawdzaniu cen przed wyjazdem i zestawić to z własnym kontem w banku. Na koniec dnia oprócz wielkich uczuć przydaje się jeszcze arkusz w Excelu.

Gdzie więc kończy się romantyczna odwaga, a zaczyna nowa, cyfrowa wersja neokolonializmu, w której paszport i konto walutowe grają główną rolę? Czy passport bros zapiszą się w historii jako ludzie, którzy odważyli się szukać szczęścia poza schematem, czy raczej jako kolejny internetowy trend, po którym zostanie trochę rozbitych serc, kilka nieudanych małżeństw i parę dokumentów na Netflixie?


Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *