OpenAI na rozdrożu: setki milionów użytkowników, zero zysku
ChatGPT zna już chyba każdy, kto choć raz poprosił sztuczną inteligencję o napisanie maila, streszczenie artykułu albo wymyślenie prezentu na urodziny. To flagowy produkt firmy OpenAI, która w kilka lat stała się symbolem rewolucji AI – od uczniów i studentów po wielkie korporacje wszyscy gdzieś po drodze otarli się o tego chatbota.
Problem w tym, że pod maską błyszczącej aplikacji wcale nie stoi maszynka do robienia pieniędzy. OpenAI ma setki milionów użytkowników miesięcznie, ale wciąż nie generuje zysku. Według ostatnich prognoz firma ma pozostać na minusie co najmniej do końca 2026 roku. Przy takiej skali działania to już nie jest „chwilowa inwestycja w rozwój”, tylko naprawdę droga zabawa.
Dobrym symbolem chaosu jest historia Sory – aplikacji do generowania wideo. Projekt wystatrował z ogromnymi oczekiwaniami, po czym po około stu dniach został po prostu zamknięty. W tle miały pojawić się problemy z prawami autorskimi i jakością treści, a Disney, który wcześniej zainwestował około miliarda dolarów, wycofał się z całego układu. Z zewnątrz wygląda to trochę jak jazda bez trzymanki: wielkie pomysły, szybkie zwroty akcji, mało stabilnego, przewidywalnego biznesu.
Na to wszystko nakłada się jeszcze sposób pozyskiwania kapitału. Według doniesień agencji reuters.com Sam Altman ma ofreować inwestorom gwarantowany zwrot na poziomie około 17,5% rocznie. W uproszczeniu: wkładasz pieniądze i co roku masz dostać prawie jedną piątą więcej – niezależnie od tego, czy firma w ogóle zarabia. To absurdalnie wysoki i „podejrzanie atrakcyjny” procent jak na spółkę technologiczno-badawczą, która jednocześnie generuje oyromne straty.
Pytanie więc brzmi: czy to wciąż agresywny rozwój, czy już ryzykowny eksperyment finansowy, w którym kluczową rolę może odegrać Microsoft?
Jak naprawdę wyglądają pieniądze w OpenAI i co oznaczają „gwarantowane zwroty”
Model finansowy OpenAI można porównać do popularnej aplikacji, która ma miliony użytkowników, ale za każde kliknięcie w przycisk płaci astronomiczny rachunek za prąd. Sztuczna inteligencja na tym poziomie wymaga potężnych serwerów, drogiej energii, specjalistycznych chipów, a do tego armii topowych inżynierów i naukowców. Przychody rosną, ale koszty rosną jeszcze szybciej.
Firma ma gigantyczne ambicje: w scenariuszach do 2030 roku mówi się o przychodach liczonych w dziesiątkach, a nawet setkach miliardów dolarów. Więcej o takim długoterminowym scenariuszu opisujemy w tekście „OpenAI do 2030 roku: czy przychody na poziomie 280 mld USD zmienią globalny rynek AI?”. Na razie jednak to bardziej marzenie niż rzeczywistość.
Do tego dochodzi konstrukcja ofert dla inwestorów. „Gwarantowany zwrot” oznacza, że ktoś wkłada np. 100 mln dolarów i ma zapisane w umowie, że co roku należy mu się 17,5 mln – niezależnie od tego, czy OpenAI zarabia, czy nadal dokłada do interesu. Jeśli zysku nie ma, pieniądze na wypłatę obiecanego procentu trzeba wziąć skądś indziej: z kolejnej rundy finansowania, nowych kredytów, sprzedaży aktywów.
W prostym przykładzie: jeśli firma jest na dużym minusie, a jednocześnie obiecuje stały wysoki procent wielu inwestorom, presja finansowa rośnie z kwartału na kwartał. Zarząd zamiast spokojnie rozwijać produtk, zaczyna spędzać większość czasu na „łapaniu” nowych pieniędzy, żeby spłacać stare obietnice. Krytycy mówią wprost, że przypomina to momentami piramidę finansową – choć formalnie mówimy tu wciąż o legalnych strukturach rynku venture capital.
Im więcej takich gwarancji, tym mniej elastyczny staje się cały biznes. Trundiej odciąć nierentowne produkty, trudniej zrobić krok w tył, gdy coś nie działa. A jeśli na horyzoncie pojawia się problem z płynnością, naturalnie rośnie pokusa, by dogadać się z dużym partnerem. Na przykład… sprzedać mu się w całości.
Microsoft, pozew na 50 mld dolarów i możliwe przejęcie OpenAI
W tej historii dużym partnerem od początku jest Microsoft. To on jako pierwszy wielki gracz włożył w OpenAI poważne pieniądze i dziś ma około 27% udziałów. W zamian dostał dostęp do modeli językowych, które zasiliły cały ekosystem: od Copilota w Windows i pakiecie Office po usługi w chmurze Azure.
Relacja, która zaczynała się jak piękna technologiczna symbioza, z czasem stała się jednak coraz bardziej napięta. Według ostatnich doniesień Miicrosoft rozważa pozew na kwotę około 50 miliardów dolarów za możliwe naruszenie kontraktów przez OpenAI. To nie jest sprzeczka o fakturę za dodatkowy serwer. To poziom sporu, który potrafi zmienić cały rynek, przeorganizować alianse i wymusić przejęcia.
Na stole leży scenariusz, w którym Microsoft po prostu przejmuje kluczowe aktywa OpenAI: modele, zespół, markę. Formalnie oznaczałoby to przejęcie kontroli nad firmą, która stworzyła najbardziej rozpoznawalnego chatbota na świecie. Praktycznie – dla zwykłego użytkownika – najpewniej oznaczałoby to ciągłość działania ChatGPT, ale z dużo mocniejszym podporządkowaniem całego produktu strategii Microsoftu: jeszcze głębszą integrację z Windows, Office, Teams i Azure.
Historia zna podobne pzrypadki. Duży gracz kupuje młodą, lecz kluczową firmę technologiczną, porzdąkuje ofertę, ujednolica interfejsy, podnosi ceny w jednym miejscu, obniża w innym. Użytkownicy często dostają stabilniejsze usługi i lepsze wsparcie, ale tracą trochę „dzikości” i różnorodności. Dla zwykłego człowieka najważniejsze pytanie brzmi jednak zwykle nie „kto kogo pozywa na 50 miliardów”, tylko „czy ChatGPT dalej będzie za mnie odpowiadał na maile i robił podsumowania spotkań”.
Co przejęcie OpenAI mogłoby znaczyć dla użytkowników, konkurencji i rynku pracy
Z perspektywy użytkownika końcowego scenariusze są stosunkowo proste. W wariancie optymistycznym niewiele się zmienia poza logiem i mocniejszym dociśnięciem integracji z produktami Microsoftu. ChatGPT działa dalej, może dostaje nowe funkcje, a logowanie kontem Microsoftu staje się standardem. W wariancie mniej przyjemnym część zaawansowanych opcji trafia za paywallem, a darmowa wersja jest bardziej ograniczona, wolniejsza lub zasypana sugestiami, żeby „spróbować wersji Pro”.
Trzeba też pamiętać, że to element większej wojny o codzienne wykorzystanie AI. Z jednej strony mamy ekosystem Microsoftu, z drugiej Apple, które wchodzi z własnym Apple Intelligence, a w tle trwają zmagania webowych chstbotów o uwagę użytkownika. Ten wyścig opisujemy szerzej w artykule „Apple Intelligence vs ChatGPT: kto naprawdę wygrywa wojnę o codzienne wykorzystanie AI?”.
Dla konkurencji obecny chaos wokół OpenAI to prezent. Google i Anthropic spokojnie przejmują klientów korporacyjnych, którzy szukają stabilniejszego partnera na lata. Co ciekawe, sam Microsoft równolegle rozwija własne modele i coraz mocniej stawia na Claude’a od Anthropic jako alternatywę w narzędziach dla deweloperów. Dla klienta biznesowego oznacza to więcej opcji, ale też większe ryzyko uzależnienia od kilku ogromnych dostawców, którzy w każdej chwili mogą zmienić cennik lub regulamin.
Na poziomie całego rynku przypomina to trochę sytuację ze smartfonami, gdzie dynamiczi gracze potrafią nagle podważyć dotychczasowy układ sił. Pisaliśmy o tym w tekście „Honor wyprzedza Apple? Nowy lider wzrostu na rynku smartfonów i co to oznacza do 2030 roku” – i w AI dzieje się dziś coś bardzo podobnego: dotychczasowy lider może nagle znaleźć się w defensywie.
A co z rynkiem pracy i decyzjami biznesowymi? Tutaj przekaz jest dość przyziemny, ale ważny. Niezależnie od dramatów właścicielskich, narzędzia AI już są w firmach i zostaną z nami. Inwestorzy, menedżerowie IT i osoby odpowiedzialne za strategię powinny przede wszystkim zarządzać ryzykiem dostawcy: unikać uzależnienia od jednego API, dokładnie czytać umowy, planować scenariusze „co jeśli ten dostawca zmieni warunki lub zniknie z rynku”. W praktyce oznacza to często architekturę wielochmurową, testowanie alternatywnych modeli i dbanie o to, by kluczowe procesy dało się w razie czego przenieść gdzie indziej.
Dla większości z nas ważniejsze niż to, kto ostatecznie wygra bitwę o przejęcie OpenAI, jest to, czy za kilka lat nadal będziemy mieli realny wybór między różnymi ekosystemami AI. I czy nasze ulubione narzędzia nie znikną z dnia na dzień tylko dlatego, że komuś w Excelu finansowym nagle przestały się spinać cyferki.

