Moda na „niebezpieczne kierunki” – skąd bierze się fascynacja strefami ryzyka
Afganistan, Somalia, Jemen czy niektóre regiony Meksyku regularnie znajdują się na listach „Do Not Travel” publikowanych przez rządy i organizacje międzynarodowe. W raportach dotyczących konfliktów zbrojnych i prognoz bezpieczeństwa do 2026 roku pojawiają się jako obszary szczególnie niestabilne. Jednocześnie w mediach społecznościowych są przedstawiane jako egzotyczne, „autentyczne” kierunki, które kuszą obietnicą silnych emocji i niezwykłych zdjęć.
W centrum tego zjawiska stoją media społecznościowe oraz influencerzy podróżniczy. Algorytmy platform premiują treści skrajne, wyjątkowe i ryzykowne, co sprzyja promocji wyjazdów do miejsc, które jeszcze niedawno były kojarzone głównie z wojną, piractwem czy kartelami narkotykowymi. Im bardziej niezwykłe ujęcie, tym większa szansa na wyświetlenia, komentarze i obserwujących.
Twórcy, którzy pokazują Kabul, Mogadiszu, Sana czy pogranicze meksykańskich stanów kontrolowanych przez kartele, często budują narrację „ostatnich autentycznych miejsc na świecie”. W kadrze dominują efektowne panoramy gór i pustyń, kolorowe bazary, spotkania z lokalnymi mieszkańcami. Warstwa ryzyka bywa przesunięta na margines, ograniczona do krótkich wzmianek, że „trzeba uważać” albo „mieć lokalne kontakty”. Dla części odbiorców to wystarczy, by uznać, że zagrożenia są pod kontrolą.
Najbardziej podatni na ten przekaz są młodsi podróżnicy, często bez większego doświadczenia w samodzielnej ocenie bezpieczeństwa. Decyzje wyjazdowe zapadają w oparciu o emocje i obrazy, a nie o dane, analizy i chłodne planowanie. Pamiętanie o praktycznych elementach podróży – od logistyki po wybór bagażu – schodzi na dalszy plan. Tymczasem tak jak racjonalnie planuje się wyposażenie na lot tanimi liniami, porównując choćby, czy lepsza będzie twarda czy miękka walizka kabinowa (więcej w analizie jak wybrać najlepszy bagaż do tanich linii), tak samo chłodno warto podejść do wyboru kierunku podróży.
Kluczowe pytanie nie brzmi: „czy to wygląda spektakularnie na Instagramie?”, lecz: „jakie jest realne ryzyko – porwania, zamachu, napadu, braku opieki medycznej czy niemożności uzyskania wsparcia konsularnego?”. Odpowiedź wymaga sięgnięcia do oficjalnych ostrzeżeń, raportów i narzędzi analitycznych – od komunikatów ministerstw spraw zagranicznych po serwisy typu HikersBay, które pozwalają zestawić atrakcyjność kierunku z realnymi warunkami i poziomem bezpieczeństwa.
Celem tej analizy jest pokazanie pełnego obrazu: zderzenie instagramowych narracji z twardymi danymi oraz wskazanie, jak świadomie podejmować decyzje wyjazdowe. Nie chodzi o potępianie stylu podróżowania, lecz o wyposażenie czytelnika w informacje pozwalające samodzielnie ocenić ryzyko.
Listy „Do Not Travel” i raporty konfliktowe na 2026 rok – jak czytać oficjalne ostrzeżenia
Listy „Do Not Travel”, publikowane przez ministerstwa spraw zagranicznych i agencje rządowe, są jednym z najważniejszych narzędzi oceny bezpieczeństwa państw i regionów. W Stanach Zjednoczonych, Kanadzie czy krajach Unii Europejskiej stosuje się zazwyczaj kilka poziomów ostrzeżeń – od standardowej czujności po całkowite odradzanie podróży.
Najwyższa kategoria, odpowiednik „Do Not Travel”, jest zarezerwowana dla obszarów, gdzie ryzyko dla życia lub zdrowia jest poważne i trwałe. Do zakwalifikowania kraju lub regionu na ten poziom prowadzą między innymi:
- aktywny konflikt zbrojny lub działania wojenne w sąsiedztwie,
- wysokie prawdopodobieństwo ataków terrorystycznych,
- udokumentowane przypadki porwań obcokrajowców,
- silna obecność przestępczości zorganizowanej, w tym karteli narkotykowych i gangów,
- skrajnie niewydolna infrastruktura medyczna,
- ograniczona kontrola państwa nad częścią terytorium.
Afganistan, Somalia i Jemen są przykładami państw, które od kilku lat utrzymują się w najwyższych kategoriach ryzyka. W przypadku Meksyku sytuacja jest bardziej złożona: część kraju uznaje się za relatywnie bezpieczną dla turystów, natomiast konkretne stany i obszary przygraniczne pojawiają się w ostrzeżeniach jako miejsca, gdzie poziom przemocy gangów jest porównywalny z niektórymi strefami konfliktów zbrojnych.
Raporty organizacji zajmujących się analizą konfliktów uwzględniają także perspektywę czasową. Eksperci śledzą plany ofensyw zbrojnych, napięcia polityczne, ryzyko rozlania konfliktu na sąsiednie regiony. Prognozy do 2026 roku dla części wymienionych krajów pozostają niepokojące: przewiduje się utrzymującą się niestabilność, walkę o kontrolę nad terytorium i rosnącą liczbę incydentów z użyciem przemocy.
Dla młodego podróżnika istotne jest zrozumienie, że te dokumenty nie są próbą „straszenia”, lecz efektem analizy wywiadowczej, danych z organizacji międzynarodowych i doniesień z terenu. Każda aktualizacja komunikatu to wynik konkretnych zdarzeń – zamachu, fali porwań, załamania systemu ochrony zdrowia.
Praktyczny sposób korzystania z tych źródeł jest prosty: zanim zaczniemy oglądać relacje influencerów z danego kraju, warto sprawdzić jego status w oficjalnych komunikatach własnego ministerstwa, a także w rekomendacjach państw prowadzących rozbudowaną dyplomację. Dodatkową warstwę informacji daje skorzystanie z serwisów podróżniczych agregujących aktualne wskaźniki bezpieczeństwa, sytuację polityczną i doniesienia lokalnych mediów.
Wysoki poziom ostrzeżenia ma często jeszcze jeden, mniej widoczny aspekt – ograniczone możliwości ewakuacji. Zamknięte ambasady, minimalna obecność personelu konsularnego, utrudniony dostęp do lotnisk czy portów mogą w krytycznej sytuacji przesądzać o tym, czy i jak szybko cudzoziemiec uzyska pomoc. W razie porwania, poważnego wypadku lub nagłego zaostrzenia konfliktu kwestia kilku godzin może zdecydować o szansach na przeżycie.
Instagram kontra rzeczywistość: jak influencerzy opowiadają o Afganistanie, Somalii, Jemenie i niebezpiecznych regionach Meksyku
Współczesna narracja o podróżach do stref ryzyka opiera się często na kilku powtarzających się motywach. Pierwszy to próba „rozbijania stereotypów”: pokazanie, że mieszkańcy są gościnni, krajobrazy zachwycające, a codzienność – zaskakująco zwyczajna. Drugi to „pokazywanie ludzkiej twarzy kraju”, w kontrze do dramatycznych nagłówków prasowych. Trzeci – „poszukiwanie autentyczności” z dala od masowej turystyki. Czwarty dotyczy wizerunku „pioniera”, który dociera w miejsca, gdzie „nikt jeszcze nie był”.
Nie ma nic złego w chęci pokazania, że w Afganistanie czy Somalii żyją ludzie, którzy chcą normalności, edukacji dla dzieci i bezpiecznego życia. Problem pojawia się wtedy, gdy tak skonstruowana opowieść minimalizuje lub zupełnie pomija skalę zagrożeń. W wielu relacjach dominują spektakularne kadry – pustynne drogi, przejazd przez miasto w opancerzonym samochodzie, kolorowe talerze lokalnej kuchni. Informacje o tym, w jakich warunkach te ujęcia powstały, jeśli w ogóle się pojawiają, są zepchnięte na margines.
Dla młodszych odbiorców, często nieznających kontekstu politycznego, efekt może być mylący. Widz, który wcześniej kojarzył Mogadiszu wyłącznie z doniesieniami o bombardowaniach, nagle widzi spacer po plaży, wizytę na targu rybnym, selfie z lokalnymi mieszkańcami. Bez wyjaśnienia, że autor materiału korzystał z pomocy doświadczonych lokalnych fixerów, miał ochronę, odpowiednie ubezpieczenie i plan ewakuacji, przekaz staje się niebezpiecznie uproszczony.
Na popularność tego typu treści wpływa zjawisko „nagrody za ryzyko”. Konta prezentujące ekstremalne podróże zyskują duże zasięgi, przyciągają uwagę mediów, otrzymują propozycje współprac komercyjnych. Wizerunek „nieustraszonego podróżnika” staje się wartością samą w sobie. Presja, by stale podnosić poprzeczkę, zachęca niektórych twórców do odwiedzania coraz bardziej ryzykownych miejsc – i pokazywania ich w coraz bardziej efektowny sposób.
Widz zazwyczaj nie widzi całego zaplecza bezpieczeństwa: analiz tras, konsultacji z ekspertami, wynajmu ochrony czy zakupu specjalistycznego ubezpieczenia. „Spontaniczna” przejażdżka po Kabulu w rzeczywistości może być precyzyjnie zaplanowaną operacją, z kilkoma alternatywnymi trasami wyjazdu i stałym kontaktem z lokalnym koordynatorem. W odczuciu odbiorcy powstaje jednak wrażenie, że wystarczy odwaga i bilet lotniczy.
Warto więc, oglądając tego typu treści, zadawać sobie kilka prostych pytań:
- czy autor wyraźnie mówi o ryzyku porwań, zamachów i napadów, czy raczej je bagatelizuje,
- czy pokazuje, jak przygotował się do wyjazdu pod względem bezpieczeństwa – od ubezpieczenia po procedury awaryjne,
- czy informuje o oficjalnym statusie bezpieczeństwa danego kraju i o tym, że jest on oznaczony jako „Do Not Travel”,
- czy wyjaśnia, jakie wsparcie miał na miejscu i czy przeciętny widz byłby w stanie je odtworzyć.
Takie podejście nie odbiera nikomu prawa do podróżowania, ale pomaga świadomie oddzielić osobisty projekt, oparty na zaawansowanych przygotowaniach, od pomysłu na spontaniczny urlop.
Realne ryzyka: porwania, terroryzm, przestępczość zorganizowana i brak opieki medycznej
W krajach i regionach, o których mowa, zagrożenia dla turysty mają kilka równoległych wymiarów. Pierwszym jest ryzyko porwania. W części stref konfliktu uprowadzenia obcokrajowców stanowią jedno ze źródeł finansowania grup zbrojnych lub przestępczych. Celem nie zawsze są osoby publiczne – często wybór pada na cudzoziemców postrzeganych jako zamożni, podatni na presję medialną i mogący liczyć na negocjacje z rządami.
Drugą kategorię stanowi terroryzm. Ataki samobójcze, ostrzały, podkładanie ładunków wybuchowych w pobliżu instytucji rządowych czy miejsc kultu niekoniecznie są wymierzone bezpośrednio w turystów. Jednak obecność w przestrzeni publicznej, w hotelach, na dworcach, w pobliżu posterunków wojskowych lub administracji państwowej oznacza zwiększone ryzyko znalezienia się „w złym miejscu o złym czasie”.
Trzeci obszar to przestępczość zorganizowana. W kontekście niektórych regionów Meksyku szczególne znaczenie ma aktywność karteli narkotykowych i lokalnych gangów. Strzelaniny w przestrzeni publicznej, wymuszenia, przechwytywanie samochodów, blokady dróg – wszystko to może dotknąć również osoby, które nie są bezpośrednio zaangażowane w konflikt. Granica między „turystyczną” a „niebezpieczną” częścią miasta bywa płynna.
Osobnym, a często niedocenianym źródłem ryzyka jest ograniczony dostęp do opieki medycznej. W wielu strefach konfliktu szpitale są przepełnione, zniszczone lub funkcjonują w minimalnym zakresie. Brakuje leków, specjalistycznego sprzętu, wykwalifikowanego personelu. Systemu ratownictwa medycznego praktycznie nie ma lub działa w sposób fragmentaryczny. W razie poważnego urazu czy nagłej choroby konieczny może być długi transport do innego regionu lub kraju, co bez odpowiedniego ubezpieczenia i organizacji bywa w praktyce nierealne.
Te czynniki łączą się z problemem ewentualnej ewakuacji. Przy zamkniętych lotniskach, ograniczonych połączeniach, braku obecności własnej ambasady lub konsulatu, szansa na szybką interwencję służb ratunkowych lub dyplomatycznych wyraźnie maleje. Oznacza to, że konsekwencje nawet pozornie drobnego wypadku mogą być nieproporcjonalnie poważne.
Warto również uwzględnić ryzyka środowiskowe i klęski żywiołowe. Naukowcy od lat rozwijają modele oceny prawdopodobieństwa zjawisk takich jak trzęsienia ziemi, huragany czy fale tsunami. Mechanizmy ich szacowania, opisane szerzej w analizie jak naukowcy szacują ryzyko tsunami do 2026 roku, pokazują, jak bardzo wielowymiarowa jest ocena zagrożenia. W strefach konfliktu ten obraz staje się jeszcze bardziej skomplikowany, ponieważ do ryzyka militarnego i kryminalnego dochodzi podatność infrastruktury na klęski żywiołowe.
Dla pojedynczego turysty pełna ocena tak wielu nakładających się czynników na miejscu jest praktycznie niemożliwa. Tym bardziej istotne staje się planowanie na etapie przedwyjazdowym, w oparciu o wiarygodne dane i analizy.
Jak samodzielnie ocenić bezpieczeństwo kraju przed wyjazdem – praktyczne narzędzia i źródła danych
Świadoma analiza ryzyka podróży nie musi być domeną profesjonalnych analityków bezpieczeństwa. Każdy podróżnik może wykonać podstawową ocenę sytuacji, opierając się na kilku źródłach i prostym schemacie działania.
Pierwszym krokiem jest sprawdzenie oficjalnych komunikatów własnego ministerstwa spraw zagranicznych. Tam znajdziemy poziom ostrzeżenia, opis głównych zagrożeń, informacje o funkcjonowaniu służby zdrowia oraz obecności ambasady lub konsulatu. Warto równolegle sięgnąć do komunikatów innych państw – na przykład Departamentu Stanu USA czy odpowiedników w Kanadzie i krajach Europy Zachodniej. Różnice w ocenach mogą sygnalizować szczególnie dynamiczną sytuację.
Kolejnym elementem są raporty organizacji międzynarodowych i think tanków zajmujących się analizą konfliktów, praw człowieka czy terroryzmu. Pozwalają one umiejscowić planowany wyjazd w szerszym kontekście – zrozumieć, czy potencjalna podróż dotyczy stolicy kontrolowanej przez rząd, peryferii, obszarów spornych, czy terenów znajdujących się de facto poza kontrolą państwa.
Uzupełnieniem są serwisy podróżnicze, które agregują informacje o warunkach w poszczególnych krajach. Platformy pokroju HikersBay umożliwiają sprawdzenie jednocześnie poziomu kosztów życia, orientacyjnych cen noclegów – także przez zakładkę ceny hoteli i noclegów – klimatu, sezonowości oraz ogólnych wskaźników bezpieczeństwa. Dzięki temu można zestawić marzenia o kierunku z realnymi warunkami codziennego pobytu.
Przy analizie warto zwrócić uwagę na kilka kluczowych aspektów:
- poziom ostrzeżenia i jego uzasadnienie – czy dominuje ryzyko militarne, przestępcze, zdrowotne,
- częstotliwość aktualizacji komunikatów – częste zmiany mogą świadczyć o dużej dynamice wydarzeń,
- informacje o infrastrukturze medycznej i możliwościach ewakuacji,
- dane liczbowe dotyczące przestępczości, ataków, wypadków na turystach.
Istotne jest także monitorowanie sytuacji w czasie. Warto zaplanować weryfikację statusu bezpieczeństwa na kilka tygodni przed wyjazdem, a następnie bezpośrednio przed podróżą. Subskrypcja alertów czy śledzenie profili instytucji na oficjalnych kanałach może dostarczyć krytycznych informacji o nagłym zaostrzeniu konfliktu lub fali przemocy.
Kluczowym elementem przygotowań znajduje się ubezpieczenie podróżne. Należy dokładnie sprawdzić, czy polisa w ogóle obejmuje wyjazdy do krajów z ostrzeżeniem „Do Not Travel”. Wiele standardowych ubezpieczeń wyklucza zdarzenia na terenie państw o wysokim poziomie ryzyka, co w praktyce oznacza brak wsparcia finansowego w razie wypadku, choroby czy konieczności ewakuacji medycznej.
Przy podejmowaniu decyzji o kierunku podróży warto oprzeć się na danych liczbowych, a nie na pojedynczych historiach znajomych czy efektownych relacjach wideo. Statystyki przestępczości, raporty o atakach, liczba porwań czy informacja o stopniu kontroli państwa nad terytorium dają znacznie pełniejszy obraz niż anegdoty typu „byłem tam i nic się nie stało”.
Tak jak przy planowaniu bagażu czy kosztów podróży analizujemy wymiary walizki kabinowej i politykę tanich linii – co dobrze pokazuje materiał o wyborze bagażu na city break – tak samo warto potraktować bezpieczeństwo jako obszar wymagający systematycznej pracy z informacją. To kolejny element przygotowań, obok rezerwacji noclegu i ustalenia budżetu, a nie kwestia pozostawiona przypadkowi.
Etyka i odpowiedzialność: co influencer i młody podróżnik „zabierają” ze sobą do stref konfliktu
Podróż do strefy konfliktu czy regionu o wysokim poziomie przestępczości to nie tylko kwestia indywidualnego ryzyka. Obecność zagranicznych gości wpływa także na lokalne społeczności, ich bezpieczeństwo, gospodarkę i wizerunek. Warto mieć świadomość tego wymiaru, zanim opublikuje się kolejne zdjęcie z ulicy, która jeszcze niedawno była areną walk.
Jednym z wyzwań jest ryzyko instrumentalnego traktowania mieszkańców jako „egzotycznego tła” dla treści. Biedne dzielnice, zniszczone budynki, uzbrojeni żołnierze czy funkcjonariusze bywają przedstawiani w sposób, który podkreśla niezwykłość przeżyć podróżnika, a nie godność i podmiotowość ludzi żyjących w tych warunkach. Różnica między zasobami turysty a sytuacją ekonomiczną lokalnej społeczności staje się wówczas elementem estetyki – a nie punktem wyjścia do refleksji.
Innym problemem jest utrwalanie stereotypów albo ich powierzchowne „obalanie”. Krótka wizyta w jednej dzielnicy, rozmowa z kilkoma osobami, przejazd w eskorcie ochrony nie dają pełnego obrazu kraju rozrywanego konfliktami. Ryzyko uproszczeń jest duże: kraje bywają przedstawiane jako „groźne, ale fascynujące” albo „zupełnie inne, niż mówią media”, bez rzetelnego wyjaśnienia, skąd biorą się napięcia, przemoc i brak bezpieczeństwa.
Warto również zadać pytanie, czy obecność turystów nie zwiększa ryzyka dla samych mieszkańców. Pojawienie się osób z zagranicy może przyciągać uwagę grup przestępczych lub zbrojnych, które liczą na okup czy medialny rozgłos. Lokalni współpracownicy – przewodnicy, fixerzy, kierowcy – nierzadko znajdują się na pierwszej linii potencjalnych represji po zakończeniu wizyty influencerów.
Odpowiedzialność twórców wobec własnych odbiorców jest równie istotna. Młodzi widzowie, inspirujący się efektownymi relacjami, mogą nie dostrzegać skali przygotowań, budżetu, kontaktów i zabezpieczeń, które umożliwiły daną podróż. Rzetelne przedstawienie kulis – w tym kosztów ubezpieczenia, ochrony, zaplecza medycznego – jest ważne, by nie tworzyć złudzenia, że podobna wyprawa jest łatwa do powtórzenia w samotną podróż.
Zagadnienia prawne również nie powinny być bagatelizowane. W nieznanym otoczeniu łatwo złamać lokalne przepisy, na przykład kupując przedmioty objęte zakazem wywozu, utrwalając materiały wizyjne w pobliżu obiektów wojskowych czy wspierając nielegalny handel. W analizie Czego nie kupować w Tajlandii i Azji dobrze widać, jak pozornie niewinne pamiątki mogą oznaczać poważne konsekwencje prawne. W strefach konfliktu, gdzie system sprawiedliwości bywa upolityczniony lub nieprzewidywalny, takie ryzyko dodatkowo rośnie.
Odpowiedzialny podróżnik myśli więc nie tylko o własnych przeżyciach, ale także o tym, jaki ślad zostawia. Dotyczy to zarówno wpływu na lokalną społeczność, jak i na własną publiczność w internecie. Transparentność w mówieniu o ryzyku, szacunek dla mieszkańców, unikanie romantyzowania przemocy – to elementy, które pozwalają łączyć ciekawość świata z etyką.
Jak wybierać ambitne podróże bez lekceważenia zagrożeń – praktyczne rekomendacje na koniec
Podróże do miejsc mniej znanych, wymagających, oddalonych od masowej turystyki mogą być niezwykle rozwijające. Nie muszą jednak oznaczać lekceważenia zagrożeń. Kluczem jest świadome planowanie i stopniowe budowanie doświadczenia.
Przy wyborze kierunku warto uwzględnić kilka podstawowych kryteriów: poziom bezpieczeństwa, stabilność polityczną, dostęp do opieki medycznej, możliwości wsparcia konsularnego oraz własne doświadczenie i znajomość regionu. Państwo o umiarkowanym poziomie ryzyka, ale stabilnej infrastrukturze i rozbudowanej obecności dyplomatycznej, będzie czymś zupełnie innym niż strefa, w której nie działają normalnie szpitale, a ambasady zostały ewakuowane.
Rozsądne może być traktowanie rozwoju podróżniczego jako ścieżki. Na jej początku znajdują się kierunki relatywnie bezpieczne, dobrze skomunikowane, z przejrzystymi zasadami wjazdu i wyjazdu. Z czasem można sięgać po regiony bardziej wymagające, gdzie potrzebna jest lepsza znajomość języka, kultury i lokalnych realiów. Dopiero na kolejnym etapie, po konsultacji z ekspertami i w pełni świadomych przygotowaniach, można rozważać wyjazdy do miejsc o podwyższonym ryzyku.
Narzędzia analityczne, serwisy z danymi o bezpieczeństwie, kosztach i warunkach podróży, a także rzetelne raporty nie są przeszkodą w realizacji pasji, lecz sojusznikiem. Pozwalają dopasować marzenia do realnych możliwości i akceptowalnego poziomu ryzyka. W tym sensie korzystanie z HikersBay czy podobnych platform jako źródła informacji o kosztach, klimacie, najlepszym czasie na wyjazd i wskaźnikach bezpieczeństwa jest naturalnym elementem procesu planowania.
Tak samo jak przy świadomym planowaniu logistyki – od wyboru odpowiedniej walizki kabinowej na city break, po analizę budżetu na cały wyjazd – warto z wyprzedzeniem planować również scenariusze awaryjne. Informacja, gdzie znajduje się najbliższy szpital, jak skontaktować się z ambasadą, jak działa lokalny system ratunkowy, może okazać się równie ważna jak znajomość rozkładu lotów.
Podróżowanie z odwagą i ciekawością świata nie wyklucza odpowiedzialności i szacunku dla faktów. Świadome decyzje wyjazdowe, oparte na danych, a nie tylko na spektakularnych kadrach z mediów społecznościowych, pozwalają cieszyć się odkrywaniem świata, jednocześnie minimalizując niepotrzebne ryzyko. Celem nie jest zniechęcanie do ambitnych podróży, lecz wyposażenie w narzędzia, dzięki którym staną się one bardziej dojrzałe, przemyślane i bezpieczne – zarówno dla samych podróżników, jak i dla społeczności, które odwiedzają.


One response to “Modne, ale ryzykowne: jak naprawdę wyglądają podróże do „Instagramowych” krajów wysokiego ryzyka w 2026 roku”
Bardzo ciekawie opisujesz rozdźwięk między „instagramową” narracją a realnym poziomem zagrożenia w tych krajach. Zastanawiam się, czy Twoim zdaniem da się w ogóle mówić o etycznym podróżowaniu do stref wysokiego ryzyka – takim, które nie romantyzuje konfliktu i cierpienia lokalnych społeczności, a jednocześnie nie jest formą turystycznego „oglądania wojny”? Interesuje mnie też, czy widzisz jakąś granicę, za którą odpowiedzialny podróżnik po prostu powinien powiedzieć: „ten kierunek jest nie dla mnie, bez względu na modę i lajki”?