Bangla Road po zmroku: pierwsze wrażenia z „raju”, który nie zasypia
Wychodzę z klimatyzowanego hotelu w Patong i dostaję w twarz gorącym, wilgotnym powietrzem. Jeszcze trzy kroki w dół ulicy i nagle – bum. Bangla Road. Światła migają, muzyka zlewa się w jeden basowy łomot, z lewej pachnie grillowaną rybą, z prawej smażonym czosnkiem, a między tym wszystkim ktoś pryska w powietrze tanimi perfumami. Człowiek przez pierwszą minutę nie wie, gdzie patrzeć, bo wszystko jednocześnie świeci, krzyczy i zaprasza: „wejdź do mnie!”.
Bangla Road leży w samym sercu Patong na wyspie Phuket. W dzień wygląda całkiem niepozornie – trochę sklepów, trochę knajp. Za to po zmroku zamienia się w epicentrum imprez, przez wielu nazywane po prostu „centrum nocnego życia na Phuket”. Tajlandia kojarzy się nam, Polakom, z rajskimi plażami, kokosem w dłoni i tanimi drinkami przy zachodzie słońca. Tutaj ten „raj” ma fluorescencyjny makijaż, krótką spódniczkę i głośnik ustawiony na maksimum.
Idę powoli środkiem ulicy, mijam grupy Brytyjczyków w podkoszulkach, rosyjskie rodziny z dziećmi w wózkach (tak, o 23:30), pary z Europy, Azji, Ameryki Południowej. Mix akcentów, zapachów i muzyki. Co chwilę ktoś klepie mnie w ramię: „my friend, best bar, happy hour all night”, „ping pong show, good price”, „free shot, come inside”. Śmieję się, ale gdzieś z tyłu głowy zapala się mała kontrolka: skoro każdy ma „najlepszą ofertę”, to ktoś tu musi przeginać.
Bangla Road jest jak wielkie, kolorowe pudełko – na wierzchu błyszczy i obiecuje zabawę życia. W środku bywa różnie. O tym, gdzie kończy się niewinna impreza, a zaczynają kłopoty, przekonały się między innymi dwie Polki, które w jednym z wywiadów opowiadały o bardzo nieprzyjemnej, a momentami naprawdę groźnej nocy na Phuket. Do ich historii jeszcze wrócę. Na razie po prostu chłonę ten chaos i próbuję zrozumieć, co tu się właściwie dzieje.
Co naprawdę dzieje się na Bangla Road: bary, kluby, pokazy i cienka granica między zabawą a przesadą
Pierwszy spacer Banglą to trochę jak przejście przez żywy katalog atrakcji. Po prawej stoisko z pad thaiem, gdzie facet z patelnią wyrzuca makaron w powietrze jak cyrkowiec. Obok ladyboys pozują do zdjęć, błyszczący makijaż, wysokie szpilki, uśmiech przyklejony do twarzy. Po lewej otwarty bar, bez ścian, z rurą pośrodku i głośnikami, które teoretycznie są w jednym lokalu, ale muzykę słyszysz jeszcze dwa bary dalej.
Co kilka kroków naganiacz. Jedni wciskają ulotki, inni po prostu zasłaniają ci drogę własnym ciałem. „Special show, very funny, my friend. Only tonight, special price.” Gdy pytam, ile, słyszę jakąś śmieszną kwotę. Kilkadziesiąt bahtów. Brzmi jak dobry żart. Tyle że później, przy rachunku, nagle pojawia się zupełnie inna suma. Dopłata za „obowiązkowego drinka”, za „pokaz”, za „service charge”, za to, że oddychasz. Znam kogoś, kto po takim „super show” dostał rachunek wyższy niż cena swojego hotelu za dobę.
Nie wszystko jest groźne. Sporo barów to po prostu głośne, trochę kiczowate miejsca, gdzie można wypić piwo, obejrzeć mecz i potańczyć, wrócić do hotelu z lekkim szumem w głowie i tyle. Ale część sceny Bangla Road wymaga już większej ostrożności: kluby go-go, „tajemnicze” pokazy schowane za czarną kotarą, boczne wejścia do lokali, gdzie nie wiesz, co dokładnie dostaniesz za swoje pieniądze.
Wielu turystów przyjeżdża z nastawieniem „tu można wszystko”. I to niestety daje wolną rękę tym, którzy bardzo chcą na tym zarobić. Jeśli dopiero planujesz wyjazd do Tajlandii i dopiero składasz sobie w głowie obraz tego kraju, dobrze jest wcześniej ogarnąć podstawowe informacje o kierunkach wyjazdu i realiach podróży. W takim momencie przydaje się chociażby ogólny przegląd informacji o kraju na Tajlandia, zamiast polegać tylko na opowieściach znajomych z firmowej kuchni.
Dużo osób ma też w głowie prosty skrót myślowy: Phuket = Bangla Road. A to wcale nie jest cała prawda. Tajlandia ma spokojniejsze, cichsze oblicze, plaże, gdzie po 22:00 słychać tylko fale, a nie remiksy hitów z radia. Tyle że wielu z nas zaczyna nocną przygodę właśnie tutaj, na tej jednej ulicy.
Zagrożenia, o których mało kto mówi głośno: od „naciąganek” po sytuacje naprawdę niebezpieczne
O Bangla Road mówi się najczęściej w trybie „ale tam się dzieje!”. Rzadziej pojawia się druga część zdania: „i czasem naprawdę robi się nieprzyjemnie”. Historia dwóch Polek, które opowiadały o swojej nocy na Phuket, jest dobrym przykładem. Dziewczyny bawiły się na Bangli, bez alkoholu, zwykły spacer, trochę tańca. Późno w nocy zamówiły przejazd przez aplikację, coś jak lokalny odpowiednik Ubera. Kierowcy przyjmowali kurs i odwoływali. W końcu pojawiła się oferta z innym autem, niż to widoczne w aplikacji. Brzmi jak drobne niedopatrzenie. W praktyce – początek bardzo nerwowej historii.
Na miejsce podjechała stara, zaniedbana toyota. Szyby tak ciemne, że z zewnątrz nic nie widać. W środku kierowca, którego trudno porównać ze zdjęciem z telefonu. Dziewczyny, zmęczone i wkurzone brakiem innej opcji, wsiadły. Drzwi zatrzasnęły się, samochód ruszył. Według ich relacji trasa, która powinna zająć około godziny, zaczęła się wydłużać, a auto zamiast w stronę hotelu jechało w przeciwnym kierunku – w ciemność, w jakieś odludne rejony. Bez świateł, bez ludzi. W pewnym momencie poczuły już nie dyskomfort, tylko realny strach.
W końcu zdecydowały się przerwać tę jazdę, kazały kierowcy natychmiast się zatrzymać i wypuścić je z auta. Zrobił to dopiero pod opuszczonym sklepem, po czym od razu odjechał. Później próbowały jeszcze skontaktować się z policją, ale zderzyły się ze ścianą – język, brak zrozumienia, brak konkretnej pomocy. Jedna z nich mówiła potem, że do dziś ma ciarki, kiedy o tym myśli, i że pewnie uratowało je to, że były trzeźwe i zareagowały szybko.
To nie jest klasyczna „naciąganka” w stylu zawyżonego rachunku. To moment, w którym zapala się w głowie czerwone światełko: „może nas właśnie gdzieś wywożą”. I tego typu historie wcale nie są tak rzadkie, jak byśmy chcieli. Nawet polskie służby konsularne w swoich komunikatach ostrzegają przed ryzykownymi sytuacjami w rejonach klubowych, choć robią to językiem bardziej urzędowym.
Oczywiście, większość wieczorów na Bangla Road kończy się dla turystów bólem głowy, pustym portfelem i kilkoma żenującymi zdjęciami w telefonie, które rano idą do kosza. Ale znam też osoby, które dały się namówić naganiaczowi na „tylko chwilę” w bocznej uliczce, bo „pokaże super bar”, i nagle znaleźli się w miejscu bez innych turystów, z trzema ochroniarzami przy drzwiach. Wyjście okazało się możliwe dopiero po zapłaceniu rachunku, który wziął się trochę z powietrza.
Do tego dochodzą bardziej codzienne rzeczy. Przeliczanie w rachunkach – nagle okazuje się, że zamówiłeś jedno piwo, a na kartce masz wpisane trzy. Drink, w którym czujesz znacznie mocniejszy alkohol, niż myślałeś, a nawet smak, którego nie umiesz nazwać. Dziewczyna, która siada do twojego stolika „tylko na chwilę”, a po kwadransie pojawia się kelner z rachunkiem za „jej drinki”, o których nikt cię wcześniej nie informował. Widziałem chłopaka, który po jednym zdjęciu z tancerką na rurze dostał rachunek jak za pół butelki whisky – bo „przecież stała specjalnie dla ciebie”.
W tłumie łatwo też o zwykłą kradzież. Telefon lekko wysunięty z kieszeni, torba niedopięta do końca, plecak z tyłu. Ktoś szturchnie, ktoś przejdzie za blisko. Pięć sekund i po sprzęcie. To nie jest specyfika Tajlandii – podobne rzeczy dzieją się w każdym dużym klubowym zagłębiu na świecie – ale tu dochodzi efekt wakacyjnego luzu. „Jakoś to będzie”. Do czasu.
Jak rozsądnie korzystać z uroków Bangla Road i nie wracać z wakacji z historią grozy
Nie jestem fanem moralizowania, ale po kilku wieczorach na Bangli doszedłem do prostego wniosku: tu naprawdę da się bawić fajnie, jeśli skupisz się bardziej na ludziach, z którymi jesteś, niż na „atrakcjach, których nie można przegapić”. Najlepiej wychodziły mi wieczory, kiedy szliśmy w kilka osób, z prostą zasadą: nikt nie znika sam z „nowo poznanymi znajomymi”, nie rozdzielamy się „na chwilę”, a jeśli ktoś ma ochotę na inny klub, to przynajmniej mówi, gdzie idzie.
Trzymaliśmy się głównej ulicy, unikaliśmy ciemnych bocznych odnóg i nie wsiadaliśmy do nieoznakowanych aut, nawet jeśli kierowca zapewniał, że „taniej niż taxi, my friend”. Przy napojach wprowadziliśmy swoją małą paranoję – nie przyjmujemy drinków od obcych, nie zostawiamy szklanek bez opieki, nawet kiedy idziemy tylko „na chwilę” do toalety. Brzmi jak przesada, ale wolę być nudnym typem z napojem w ręce niż bohaterem filmiku ostrzegawczego w internecie.
Raz sam się wkopałem. Z entuzjazmem zamówiłem w barze „specjalny zestaw” – niby fajne promo, kilka drinków, jakieś shoty, wszystko w „super cenie”. Rachunek, który dostałem, prawie wyrwał mi kartę z ręki. Okazało się, że promocja dotyczyła jednego małego fragmentu, reszta była już „standardowo” droga. Ostatecznie zapłaciłem, trochę zły na siebie, ale też z konkretną lekcją na przyszłość – zawsze dopytuję o cenę przed zamówieniem czegokolwiek większego. Show, butelka alkoholu, „zestaw” – chcę usłyszeć kwotę zanim wejdę w temat.
Przed wyjazdem na Phuket zrobiłem też coś, co bardzo polecam: sprawdziłem orientacyjne koszty na HikersBay i w poradniku na moim blogu, Wondering where to check prices before your trip? Explore HikersBay.com – compare cost of living and travel expenses worldwide, gdzie pokazuję, jak używam tego narzędzia do porównywania cen w różnych krajach. Dzięki temu wiedziałem mniej więcej, ile powinien kosztować podstawowy drink, przyzwoity hotel w Patong czy przejazd z lotniska, więc łatwiej było wychwycić, kiedy ktoś próbuje mi sprzedać „okazję”, która okazją nie jest.
Z własnego portfela: za prostego drinka na Bangli płaciłem zwykle w okolicach tego, czego się spodziewałem po dużym kurorcie, za nocleg w niezłym hotelu w Patong około kilkuset złotych za dobę, a taxi z lotniska kosztowała mniej więcej tyle, ile wychodziło z wyliczeń przed wyjazdem. Więcej przykładów cen w Tajlandii wrzuciłem w osobnym wpisie, bazując też na danych z Ceny w Tajlandii, więc łatwiej porównać, czy ktoś nie próbuje dowalić kwoty z kosmosu.
Na koniec nie będzie gładkiej puenty. Wychodzę z Bangla Road nad ranem, muzyka powoli cichnie, sprzątacze zmiatają plastikowe kubki z asfaltu. Głowa lekko szumi, w uszach jeszcze dudni bas, ale w środku mam też coś w rodzaju ulgi. Było głośno, było kolorowo, parę razy zrobiło się średnio komfortowo, ale trzymaliśmy się swoich zasad i nic głupiego się nie wydarzyło. Życzyłbym każdemu, kto planuje „rajską” Tajlandię, żeby przed imprezą zrobił własny research, zajrzał poza folderowe zdjęcia i sam zdecydował, ile Bangla Road chce mieć w swoich wakacjach.

