Kim są „passport bros” i dlaczego akurat Tajlandia, Brazylia czy Kolumbia
Hasło „passport bros” brzmi trochę jak nazwa boysbandu, ale stoi za nim dość mroczna historia. Chodzi o mężczyzn z USA i Europy, którzy pakują walizki, sprzedają ideę „ucieczki z Zachodu” i jadą do krajów globalnego Południa szukać związków, seksu i – w ich słowach – „tradycyjnych kobiet”. Tajlandia, Brazylia, Kolumbia, Filipiny, Wietnam pojawiają się w tych rozmowach regularnie.
To nie jest poradnik, jak „zrobić to samo”. Wręcz przeciwnie – krytyczne spojrzenie na zjawisko, które jednych bawi, drugich fascynuje, ale dla kobiet na miejscu często oznacza poważne konsekwencje.
W jednym z azjatyckich reportaży kobieta opowiada, że część przyjezdnych mężczyzn traktuje ją i jej koleżanki jak nagrodę za paszport i portfel. „Oni chcą grzecznych żon, które będą wdzięczne do końca życia tylko za to, że wybrali właśnie nas” – mówi. Trudno o bardziej szczery opis układu sił.
Kiedy przeglądam facebookowe grupy dla ekspatów w Azji czy Ameryce Południowej, scenariusz się powtarza. Na początku: pytania o wizę, internet do pracy zdalnej, rady dotyczące mieszkań w Bangkoku albo na Filipinach. Po kilku scrollach: komentarze o „lokalnych dziewczynach”, pisane językiem, jakby mówili o tanich drinkach, nie o ludziach. Czasem aż chce się zamknąć kartę.
Z jednej strony widać więc wizję „taniego i beztroskiego życia” – słońce, palmy, tańsze piwo, potencjalna żona, która „nie robi problemów”. Z drugiej – realne koszty społeczne: utrwalanie nierówności, napędzanie turystyki seksualnej, presja na kobiety, by traktowały związek z cudzoziemcem jak bilet do lepszego świata.
Niskie koszty życia i turystyka seksualna – kuszący pakiet w pięknym opakowaniu
Za pięknymi zdjęciami na Instagramie stoi bardzo proste równanie: pieniądze. Vietnam, Kolumbia, Filipiny czy Tajlandia regularnie trafiają wysoko do rankingów najtańszych krajów do życia dla obcokrajowców. Słyszę to ciągle od ludzi, którzy pracują zdalnie: „Za to, co płacę w Warszawie za kawalerkę, tam mam mieszkanie z basenem”. Dla emeryta z USA różnica bywa jeszcze większa.
Dla lokalnych mieszkanek i mieszkańców to jednak zupełnie inna historia. Niskie ceny są „niskie” głównie z perspektywy kogoś, kto zarabia w dolarach czy euro. Przy lokalnych zarobkach rachunek za prąd czy wynajem potrafi boleć. Gdy zachodni mężczyźni skrupulatnie liczą budżet, często jeszcze przed wylotem śledząc porównania cen w Tajlandii albo innych krajach, dla wielu osób na miejscu to walka o przetrwanie, nie zabawa w optymalizację wydatków.
Do tego dochodzi turystyka seksualna. W Bangkoku, Pattayi czy Angeles City na Filipinach nocne życie i seksbiznes nie są jakimś „tajnym dodatkiem”. To element krajobrazu turystycznego. Ulice pełne barów, hostess bars, masaże, oferta „girlfriend experience” – czyli nie tylko seks, ale też udawany związek, wspólne kolacje, śniadania, zdjęcia z wakacji.
Widzę to oczami typowego Europejczyka, który ląduje pierwszy raz w Bangkoku. Pierwszy wieczór: upał, neony, muzyka z klubów. Siada w barze przy Khao San albo gdzieś w Sukhumvit. Za kwotę, którą w Warszawie zostawia w jeden piątek w modnym lokalu, tutaj ma obfitą kolację, kilka drinków i towarzystwo młodej kobiety, która szczerzy się do niego, mówi „baby” i zachowuje się, jakby faktycznie był najciekawszą osobą na świecie.
Różnica jest taka, że w Warszawie barmanka po zmianie wraca do domu, a on do siebie. W Bangkoku ta „idealna noc” często opiera się na biedzie, braku alternatywnych ofert pracy, presji, żeby wysyłać pieniądze do rodziny na prowincji. To nie jest moralna panika, tylko bardzo podstawowa ekonomia.
Serwisy podróżnicze, zestawienia kosztów, mapki z barami – pomagają zaplanować wyjazd, pokazują, ile kosztuje piwo i taksówka. Nawet dobry szczegółowy profil Tajlandii jako kierunku podróży nie pokaże jednak rozmowy młodej Tajki z mamą, która pyta, czy dzisiaj „dobrze poszło z klientem”, bo trzeba opłacić szkołę młodszego brata.
Stereotyp „tradycyjnej, posłusznej Azjatki” i „gorącej Latynoski” kontra codzienność lokalnych kobiet
Na tym gruncie rosną dwie mocne klisze. Pierwsza: „tradycyjna, cicha, opiekuńcza Azjatka” – Tajka, Filipinka, Wietnamka, która uśmiecha się, gotuje, nie zadaje pytań, nie ma własnych potrzeb. Druga: „gorąca, temperamentna Latynoska” z Brazylii czy Kolumbii, która zawsze ma ochotę tańczyć, uprawiać seks i wspierać faceta bez względu na wszystko.
Te obrazy są pompowane przez filmy, pornografię, ale też influencerów podróżniczych. W ich narracjach lokalne kobiety stają się dodatkiem do pakietu: plaże, street food, nocne życie, „femininne dziewczyny”. O kobietach mówi się podobnym tonem jak o pogodzie.
W cytowanym reportażu jedna z bohaterek z Azji mówi wprost: część zachodnich mężczyzn oczekuje, że partnerka będzie „wdzięczna do końca życia” tylko dlatego, że ma zachodni paszport i trochę dolarów na koncie. Romantyczne? Bardziej przypomina to relację hierarchiczną – jedna strona decyduje o miejscu zamieszkania, języku, pieniądzach, druga próbuje się nie zgubić.
W sieci łatwo znaleźć nagrania, gdzie mężczyźni mówią bez zająknięcia: „Na Zachodzie kobiety są roszczeniowe i feministyczne. Tu w Azji są prawdziwe kobiety”. Za tym hasłem idzie cały pakiet oczekiwań wobec mieszkanek Tajlandii, Filipin, Kolumbii. Brak prawa do sprzeciwu. Normalizowanie dużej różnicy wieku. Śluby zawierane przy minimalnym zrozumieniu lokalnego prawa czy języka – byle szybciej, byle „miała papiery”.
Dla kobiet to oznacza więcej nieodpłatnej pracy opiekuńczej, presję, by „ratować rodzinę” związkiem z obcokrajowcem, ryzyko przemocy i izolacji po przeprowadzce do kraju partnera. Kiedy 25-latka ląduje w małym miasteczku w Europie czy Stanach bez własnych pieniędzy, z kiepskim językiem, daleko od rodziny, jej „egzotyczny mąż z internetu” bardzo szybko zamienia się w jedyną osobę, od której cokolwiek zależy.
Dochodzi jeszcze lokalne napięcie. W turystycznych miastach na Filipinach czy w Kolumbii często słyszy się komentarze o kobietach, które „polują na białych”. Nie widać za tym zazwyczaj ich realnej sytuacji: braku dobrze płatnych miejsc pracy, długu studenckiego, chorego rodzica. Relacja z cudzoziemcem bywa wtedy mniej miłosną przygodą, bardziej strategią przetrwania.
Jak social media pompują mit „raju dla facetów” i co naprawdę zostaje na miejscu
Odpalam TikToka i w trzy minuty mam kompletny pakiet: plaża w Tajlandii, rooftop bar w Ho Chi Minh City, klub w Medellín, kilka ujęć z drona. Autor filmiku, zwykle młody facet, patrzy w kamerę i mówi, że za „tysiąc dolarów miesięcznie żyje jak król, a kobiety są tu inne niż w domu”. Jego znajomi w komentarzach dopytują tylko o ceny i czas oczekiwania na wizę.
Ten obraz jest ekstremalnie selektywny. W centrum stoi on – mężczyzna, który „ogarnął życie” i znalazł prostszy świat. Miasta, ludzie, lokalne konflikty polityczne, realne problemy społeczne znikają w tle. Widoczna zostaje jedynie scena: bar, plaża, dziewczyna.
Algorytmy robią resztę. Im więcej ktoś ogląda filmów o „tanim życiu w Azji”, „tradycyjnych żonach z Filipin” czy „najlepszych krajach dla singla”, tym więcej dostaje podobnych treści. Powstają wąskie bańki informacyjne, w których Tajlandia, Wietnam, Kolumbia czy Filipiny istnieją głównie jako tło pod fantazje o łatwych związkach i seksualnej dostępności.
Głosy kobiet – tych, które opowiadają o przemocy, różnicach władzy, rozczarowaniu życiem u boku „wybawcy” – mają dużo mniejszy zasięg. Czasem docierają do lokalnych mediów, czasem do organizacji pomocowych, ale rzadko przebijają się do feedu kogoś, kto właśnie kupuje bilet w jedną stronę.
Na miejscu zmienia się całe otoczenie. W dzielnicach turystycznych zamiast zwykłych usług pojawia się coraz więcej klubów, barów z hostessami, „girls bars”. Ceny mieszkań w popularnych dzielnicach rosną, bo właściciele wolą wynająć pokoje pod krótkoterminowy wynajem dla turystów. Młode dziewczyny słyszą, że „najprościej jest pracować w turystyce” – i często oznacza to wejście w szarą strefę seksbiznesu.
Dla wielu mieszkanek to mieszanka wstydu, złości i pragmatyzmu. Pieniądze z turystyki są realne. Jednocześnie rośnie poczucie, że stały się „atrakcją” w pakiecie – jak lokalne piwo czy rejs łódką.
Co ciekawe, w tych samych grupach, gdzie mężczyźni planują „nowe życie w raju”, coraz częściej widać też pytania o praktyczne szczegóły: ile naprawdę kosztuje lekarz, czy w danym mieście da się normalnie wynająć mieszkanie, jak wygląda sezon deszczowy. Zanim ktoś sprzeda wszystko i wyruszy w drogę, sensowniej jest sięgnąć po twardsze dane o kosztach, klimacie i bezpieczeństwie niż tylko oglądać krótkie filmiki. W tym pomaga chociażby tekst o serwisie HikersBay na sebbie.pl: gdzie realnie sprawdzić koszty życia i podróży zanim kupimy bilet w jedną stronę.
Nawet najlepsze narzędzia do sprawdzania cen nie odpowiedzą jednak na jedno pytanie: czy nasza obecność, nasze wybory, nasze pieniądze nie dokładają właśnie cegiełki do utrwalania schematu, w którym cudza „tradycyjna żona” jest przede wszystkim efektem nierówności, a nie wielkiej miłości.

