Dlaczego Okinawa to świetne miejsce na kilkutygodniową workation
Workation brzmi trochę jak wymówka, żeby wyjechać na wakacje i udawać, że się pracuje. W praktyce to normalna zdalna robota, tylko zamiast szarego nieba za oknem masz ocean, palmy i pranie schnące na balkonie w styczniu.
Coraz więcej osób z Polski po prostu pakuje laptop, wyłącza kaloryfer i ucieka na zimę do Azji. Ja też miałem w głowie obraz “japońskich Malediwów” – białe plaże, turkusowa woda, Instagram krzyczy z każdej strony. Na miejscu okazało się, że Okinawa to nie tylko pocztówka, ale też bardzo wygodne miejsce do normalnej pracy zdalnej.
Tempo jest spokojniejsze niż w Tokio. Nikt cię nie przepycha w metrze, zamiast wieżowców masz niską zabudowę, a jednocześnie dalej działa to, za co ludzie kochają Japonię: porządek, punktualność, poczucie, że “wszystko ogarnięte”. Do tego ciepło. W styczniu rano wychodziłem w koszulce, a znajomi z Warszawy wysyłali zdjęcia z zasypanego przystanku.
Logistycznie też to ma sens. Łatwo połączyć Okinawę z resztą Japonii. Można zacząć od kilku dni w stolicy, zrobić intensywny wypad po sklepy fotograficzne w Shinjuku (polecam tekst o ogarnięciu Camera Town w jeden dzień), a potem złapać samolot na spokojną wyspę i nagle z betonowej dżungli lądujesz przy plaży.
Jeśli chodzi o budżet, szok był zabawny. Kawa w Warszawie za 18 zł kontra poranna kawa na Okinawie za podobną kwotę… tylko z widokiem na ocean, a nie na rondo. Przed wyjazdem szybko przeleciałem orientacyjne ceny noclegów na HikersBay, szczególnie przez ich porównanie cen hoteli i noclegów, żeby wiedzieć, czy wchodzę w hotel, czy w coś bardziej “domowego”. Wyszło, że przy kilku tygodniach coliving wygrał bez dyskusji.
Dalej będzie już konkretniej: gdzie spać, jak nie oszaleć z laptopem w plecaku i wkręcić się w lokalną ekipę digital nomadów, zamiast siedzieć samemu w pokoju z widokiem na parking.
Coliving na Okinawie: gdzie mieszkać, żeby nie zwariować pracując z laptopem
Coliving to w praktyce połączenie hostelu, mieszkania i biura. Masz łóżko, biurko, szybki internet i ludzi, którzy też na widok Zooma nie dostają ataku paniki, tylko po prostu logują się na daily.
Na Okinawie szukanie colivingu okazało się prostsze, niż się bałem. Jako punkt startowy potraktowałem stronę coliving-okinawa.com, gdzie można podejrzeć różne miejscówki i ogólny klimat. Bardzo szybko wpadł mi w oko ikigai Coliving – mały, kameralny dom, blisko morza. Finalnie to tam wylądowałem.
Największe zaskoczenie? Ile życia dzieje się poza pokojami. Wspólne kolacje, ktoś gotuje curry, ktoś inny wyciąga lokalne piwo, surf deski oparte o ścianę w korytarzu, a połowa calli dzieje się przy kuchennym stole. Jednocześnie jest japońska dyscyplina: po 22 cisza, nikt nie puszcza YouTube’a na głośnikach, wszyscy trochę pilnują porządku.
Warto się zastanowić, gdzie chcesz mieszkać. Chatan to bardziej resortowy klimat – bliżej plaży, dużo expatów, sporo knajpek i barów przy promenadzie. Naha to z kolei normalne miasto: lepszy transport, więcej kawiarni, centra handlowe, ale mniej widoków “jak z katalogu biura podróży”. Ja pierwsze dwa tygodnie spędziłem w Chatan, potem przeniosłem się do Naha i to połączenie było idealne.
Za coliving płaciłem około trzech tysięcy złotych miesięcznie, ze wszystkim w pakiecie. Miałem swoje łóżko w pokoju wieloosobowym, biurko, wspólną kuchnię i sensowną przestrzeń do pracy. Przed rezerwacją wróciłem jeszcze na HikersBay, porównałem ceny hoteli w okolicy i wyszło mi, że przy takim pobycie hotel wyszedłby drożej i… trochę samotnie.
Coliving ma jeszcze jedną zaletę: społeczność. Pierwszego dnia myślałem, że będę wieczorami nadrabiał książki. Skończyło się tak, że po porannym daily w salonie ktoś rzucił: “ramen?”. Dziesięć minut później siedzieliśmy w małej knajpce, a ja już miałem numery do dwóch designerów i jednego programisty, z którym później robiłem mini mastermind o cenach usług.
Jeśli lubisz bardziej romantyczne klimaty, możesz też zbudować sobie podróż w dwóch aktach. Najpierw workation w colivingu, a potem weekend w klasycznym ryokanie z gorącymi źródłami. Tu bardzo przydaje się przewodnik o onsenach dla par i romantycznych ryokanach – dobry materiał do planowania “drugiej części” wyjazdu.
Coworki i kawiarnie przyjazne pracy zdalnej w Chatan i Naha
Najbardziej pamiętam ten moment: siedzę w kawiarni z widokiem na ocean, staram się nie rozlać latte na klawiaturę, a Slack wyje jak syrena alarmowa. W tle fale, przede mną backlog.
W Chatan dominują miejsca blisko plaży. Trafiłem do jednego coworkingu nad samym brzegiem, z dużymi oknami na wodę. Środek dnia był tam prawie jak w bibliotece – wszyscy w słuchawkach, idealnie na deep work. Internet śmigał, przy każdym stoliku gniazdko, a klimatyzacja ustawiona rozsądnie. Jedyny minus: trochę za łatwo rzucić “dobra, kończę wcześniej” i iść na zachód słońca.
Drugie moje ulubione miejsce w Chatan to kawiarnia przy głównej ulicy. Gwar, trochę muzyki, ale można spokojnie ogarniać lżejsze zadania – maile, planowanie, pisanie. Zasada była prosta: jedno zamówienie co kilka godzin i nikt nie patrzył krzywo, że siedzisz z laptopem. Po południu przenosiłem się tam z coworku, gdy głowa nie miała już siły na poważne rzeczy.
W Naha klimat jest inny. Coworkingi częściej siedzą w zwykłych biurowcach, bliżej stacji monorail i dużych ulic. Mniej widoku na morze, więcej widoku na skrzyżowania i neony. Za to po wyjściu z pracy można dosłownie w pięć minut znaleźć się na Kokusaidori i wciągać yakitori na plastikowym stołku.
W kilku miejscach trafiłem na ten sam problem: klimatyzacja ustawiona na “Antarktyda”. W jednym coworku po godzinie miałem wrażenie, że będę pisał kod w rękawiczkach. Od tamtej pory bluza w plecaku to mój stały element zestawu “laptop + ładowarka + przejściówka”.
Do tego dochodzą przestrzenie w samych colivingach. W ikigai Coliving spokojnie można było pracować przy dużym stole w salonie, czasem w ogrodzie. Rano siedzieliśmy w pięć osób przy stole, każdy w swojej pracy, ale co jakiś czas ktoś rzucał hasło o nowej wtyczce do Notiona czy problemie z klientem. Taka mini przerwa kawowa, tylko bez open space’u korpo.
Planowanie tego wszystkiego przypomniało mi wyjazd do Korei Południowej. Tam też robiłem dokładny research kawiarni i coworków i bardzo pomógł mi tekst o aplikacjach przydatnych w Korei. W Azji apki naprawdę potrafią ułatwić życie: od zamawiania jedzenia po sprawdzanie rozkładów jazdy.
Miejsca to jedno, ale bez sensownego rytmu dnia nawet najlepszy coworking nie uratuje projektu.
Przykładowy rytm dnia, społeczność nomadów i wskazówki wizowe dla Polaków
U mnie typowy dzień na Okinawie wyglądał tak: od 8:00 do 13:00 praca. Kamera, call’e, dokumenty, wszystko jak w domu. Potem szybki obiad w lokalnym barze – zupa, ryba, czasem bento z konbini, jeśli akurat było mało czasu – i wyjście na plażę.
Popołudnia były najfajniejsze. Snorkelling, spacer po promenadzie w Chatan, krótki wypad skuterem po okolicy. Wieczorem wracałem do komputera na 1–2 godziny, głównie na maile i spotkania z Europą. Różnica czasu z Polską działa tu na plus: poranne godziny są spokojne, a call’e z Warszawą czy Berlinem wchodzą dopiero późnym popołudniem lub wieczorem. Nie trzeba się zrywać o świcie.
W Naha rytm trochę się zmienił. Po pracy zamiast spaceru po plaży był wieczorny marsz po Kokusaidori, ulicznym jedzeniu i sklepikach. Kilka razy po prostu włóczyłem się bez planu, kończąc z miską ramen o 22:30 i poczuciem, że dzień został wykorzystany do ostatniej kropli bulionu.
Społeczność digital nomadów na Okinawie działa w tle. Colivingi organizują spotkania, czasem wspólne wyjścia na plażę, czasem warsztat o tym, jak prowadzić firmę w innym kraju. Coworkingi zdarzają się z małymi meetupami, ktoś rzuca ogłoszenie na lokalnym Slacku czy Discordzie i nagle zbiera się dziesięć osób na kolację.
Nie jest jednak tak, że codziennie masz wielki networking. Zdarzały się dni, gdy połowa domu po prostu znikała w pokojach, bo “deadliny”. Ktoś pojawiał się dopiero wieczorem w kuchni, brał miskę ryżu i wracał do projektu. To też normalne. Ważne, że jest możliwość wyjścia do ludzi, gdy głowa zaczyna się gotować od Excela czy Figma.
Od strony formalnej dla osób z Polski sprawa jest dość prosta, ale trzeba znać zasady. Przy wlocie do Japonii dostajemy stempel w paszporcie na pobyt krótkoterminowy, bez konieczności wyrabiania wizy przed wyjazdem. Limit dni może się zmieniać, więc nie ma sensu rzucać tu konkretną liczbą – przy moim ostatnim locie wystarczył paszport, wypełniona karta wjazdowa i uśmiech w stronę funkcjonariusza.
To nie jest porada prawna, tylko moje doświadczenie z ostatnich miesięcy. Przed lotem sprawdziłem aktualne informacje na stronie ambasady Japonii w Polsce i to jest jedyne sensowne źródło do potwierdzenia zasad. Przy kontroli miałem przy sobie wydrukowaną rezerwację noclegu (z colivingu), bilet powrotny i krótki plan pobytu w notatniku, na wypadek dodatkowych pytań. Nikt mnie o to nie poprosił, ale lepiej mieć niż kombinować przy okienku.
Jeśli planujesz klasyczne zwiedzanie: Tokio, Kioto, trochę kultury i świątyń, a do tego chcesz dorzucić kilka tygodni pracy zdalnej, to Okinawa świetnie działa jako “drugi etap” wyjazdu. Najpierw intensywne miasto, potem wyspa i reset głowy. A jeśli marzy ci się romantyczna końcówka podróży w gorących źródłach, jeszcze raz podrzucam przewodnik o onsenach i ryokanach dla dwojga. Dobrze się to spina z klapnięciem laptopa po ostatnim callu z Okinawy.

